/p0001.djvu

			.. 


l!'.' 


, 
r'.,.t;;.- 


ISBN 0239-3166 


NR.6 ROK 34 CZERWIEC 1988 


CENA 60 ZŁ 


,
, 
 '. 
I 


\;,; 


. 


.,. . - 


.
 


... 


) 



\ 


. 


.w 


., 


. 


.. 
 


. . 
"" 


.' 


. 


,I: ' 


, 



 


. 



 


, . 


....... 


4' 


lic 


, 
I 



.\ ,1 


r 
I 


Ji/. 


. I 


, . 



 f"'., 


<
 


\ 


.. . 



 


10 CZERWCA UROCZYSTOSC NAJSWIETSZEGO SERCA JEZUSA 
1'- CZERWCA - WSPOMNIENIE NIEPOKALANEGO SERCA NMP
		

/p0002.djvu

			Stowo [Bole 


Rdz 3, 9-15 
2 Kor 4, 13-5, 1 


Ewangelia według świętego Marka 
na X niedzielę zwykłą 5.06.1988 r. 


Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, 
a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się 
nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali 
się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: 
,
Odszedł od zmysłów". 
Natomiast uczeni w- Piśmie, którzy przyszli 
z Jerozolimy, mówili: ':,Ma Belzebuba i przez władcę 
złych duchów wyrzuca złe duchy." 
Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przy- 
powieściach: "Jak może szatan wyrzucać szatana? 
Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, 
takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom we- 
wnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie 
mógł się ostać. Jeśli więc szatan powstał przeciw 
sobie i wewnętrznie jest skłócocy, to nie może się 
ostać, lecz koniec z nim. Nie, nikt nie może wejść 
do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mo- 
carza wpierw nie zwiąże i wtedy dom jego ograbi. 
Zaprawdę powiadam wam: wszystkie grzechy 
bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą 
im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przecłw 
Duchowi Swiętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, 
lecz winien jest grzechu wiecznego." Mówili bowiem: 
;,Ma ducha nieczystego". 
Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc 
na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać.. 
Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu 
powiedzieli: "Oto Twoja Matka i bracia na dworze 
pytają się o Ciebie". ' 
Odpowiedział im: "Któż jest moją matką i którzy 
są braćmi?" I spoglądając na siedzących wokoło 
Niego rzekł: "Oto moja matka i moi bra
ia. Bo 
kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą 
i matką." 


(Mk 3, 20-35) 


Bezm
ŚLnośó 
TeZ '. GrZeOHem 


Jeszcze raz przypatrzmy się dzisiejszej Ewangelii. 
Ileż się tam w niej dzieje! Ile tam ludzi, ile słów! Jak wiele 
niepewności, pytań, oburzenia! Robi się też człowiekowi 
jakoś smutno, gdy słyszy to wszystko i patrzy na to wszyst- 
ko, co dzieje się w dzisiejszej Ewangelii. Zasmuca najpierw 
to wielkie zagubienie się ludzi, zagubienie w sprawach 
juj; nawet nie Bożych, ale zupełnie ludzkich., Bliscy Jezusa, 
jego krewni, wybrali się w odwiedziny, aby Jezusa jakoś 
ratować. Uwierzyli bowiem, że Jezus - tak przecież 
mówiono i to coraz głośniej - że Jezus oszalał. Dzisiaj 
powiedzielibyśmy, że Jezus zachorował psychicznie. 
Jeszcze smutniej robi się człowiekowi, kiedy słyszy uczo- 
nych w Piśmie a więc ludzi, od których należało spodzie- 


2 


wać się znajomości rzeczy, mądrości. Nic z tego. O ile 
krewni chcieli Jezusa ratować, uczeni'rozmawiali z Jezusem 
tylko po to, aby się utwierdzić w przekonaniu, że Jezus 
jest opętany przez Belzebuba czyli szatana..Skąd towszys- 
tko, te posądzenia? 
Krewnych Jezusa możemy łatwo zrozumieć. Nam się 
też czasem przydarza uwierzyć bardziej komuś, kto mówi 
bajki niż temu, kto mówi prawdę. A bo to raz nabrał has 
kolega? 
Trudniej zrozumieć uczonych. Skąd w nich taka nie- 
nawiść do Jezusa, taka zapiekła zawziętość, zazdrość? 
Myślę, że stąd, iż ci niby uczeni, a w dużo mniejszym 
stopniu również krewni, wyrzekli się jednej bardzo ważnej 
dla człowieka pracy. Tą bardzo ważną pracą, ważnym 
zajęciem, jest myślenie nad tym, co się widzi"co się słyszy, 
czego człowiek się dowiaduje, co człowiek wyczytał. 
Pogubili się ci wszyscy ludzie, ponieważ nie chcieli myśleć. 
Chcieli mieć tylko święty spokój. Gdyby ci u.czeni byli 
prawdziwymi uczonymi, zachowywaliby się zupełnie 
inaczej. Przecież uczony człowiek, który umie odnajdywać 
prawdę, czyli to co ważne. A oni tymczasem nie starają 
się o żadną prawdę a tylko o to, aby pokonać Jezusa. 
Takim nawet cuda nie pomogą. Smutne to wszystko, te 
wszystkie słowa ludzi występujących w dzisiejszej Ewan- 
gelii. .' 
I byłoby jeszcze smutniej niż jest, gdyby nie słowa 
Pana Jezusa. Jezus nazywa ludzi - tych stojących wokół 
niego - swoimi prawdziwymi krewnymi, nazywa ich 
nawet aż swoją matką. Czy nazywa ich dlatego, że już 
są aż tak dobrzy? Nie, nie dlatego. Nazywa tak pięknie 
ludzi słabych i grzesznych ale myślących, zastanawiają- 
cych się nad tym, co Jezus mówi i co Jezus czyni. Oczywiś- 
cie, że w tych słowach jest pochwała Jezusowej Matki, Ma- 
ryi. Jezus chwali swoją Matkę i chwali tych, którzy stali 
blisko niego za to, że chcą pełnić, i okazuje się, że już 
pełnią wolę Bożą. Co to znaczy pełnić wolę Boga? To 
wcale nie jest zaraz takie trudne. Chodzi przecież o zwykłe 
sprawy, sprawy naszego domu, rodziny, szkoły, katechezy 
a potem jeszcze pracy, polityki itd. 
Rzecz w tym, żeby to wszystko tak robić, aby Bóg 
mógł się razem z nami cieszyć. Zeby jednak tak było, trzeba 
odważnie :r;nyśleć. Kiedy bowiem człowiek myśli, wtedy 
domyśli się również i tego, czego Bóg od niego oczekuje 
i nie będzie grzeszył bluźnierstwem i to przeciwko Bogu. 
A to bluźnierstwo polega na posądzaniu i pomawianiu 
Boga o to, czego Bóg ani nie pomyślał, ani nie powiedział, 
ąni nie uczynił. 


Ks. W ACtA W OSZAJCA SJ 


Ez 17, 22-24 
2 Kor 5, 6-10 


Ewangelia według świętego Marka 
na XI niedzielę zwykłą 12.06.1988 r. 


Jezus powiedział do tłumów: 
"Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby 
ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, 
we dnie i w nocy nasięnie kiełkuje i rośnie, on sam 
nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, naj- 
pierw źdźbło, potePI kłos, a potem pełne ziarno 
w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz 
zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo."
		

/p0003.djvu

			Mówił jeszcze: "Z czym porównamy królestwo 
Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? 
Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa 
w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na 
ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od 
innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak ze 
ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu." 
W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, 
o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie 
przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko 
swoim uczniom. 


(Mk 4, 26-34) 


"mOŁe, 
O TOK WieLKie 


Słyszałeś, jak Pan Jezus powiedział: Królestwo Boże 
jest podobne do ziarnka gorczyc.y. Takie ziarenko ma tylko 
dwa milim,:try średnicy. Jest trochę większe od ziarnka 
maku, lecz o wiele mniejsze od złocistego ziarna pszenicy. 
(Te dwa milimetry możesz sprawdzić na linijce, jeżeli 
nie wierzysz, że to naprawdę mało...) Małe to ziarenko 
gorczycy, maleńkie, ale ma w sobie ukrytą ogromną siłę. 
Taką na dwa metry. Bo pomyśl tylko: z dwóch milimetrów 
dwa metry wzrostu ma drzewko, które z tego ziarnka 
wyrośnie. Czyli dwa tysiące milimetrów, czyli tysiąc razy 
więcej niż było na początku. A przecież oprócz tej dwu- 
metrowej wyskości jest j'eszcze naokoło sto gałązek sze- 
rokości i tysiąc listków zieloności. I znów pomyśl: Kto 
dał tę siłę wzrostu temu ziarenku małemu?... A Pan 
Jezus nam przypomniał, że na te jego gałązki ptaszki 
z nieba przylatują i piosenki wyśpiewują, a dla swoich 
małych dzieci, czyli piskląt - domki piękne, czyli gniazda 
w mig budują. 
To wszystko prawda - my.śleli apostołowie, ale pytanie 
większe niż szkolny pytajnik stanęło im w głowie. Nie 
rozumieli tego przykładu i oczekiwali bd Pana Jezusa 
pięć minut wykładu. Ale przy.ludziach jak się tu pytać?.. 
Dopiero gdy byli sam na s'am z Panem Jezusem, zapytali 
Go, co znaczy ta przypowieść?.. I usłyszeli: 
Ziarnem jest słowo, a siewcą ten człowiek, który mówi 
dobre słowa. Więc już wiemy: Takim Siewcą najważniej- 
szym z ważnych jest sam Pan Jezus, bo słowa Ewangelii 
to Dobra Nowina i gdy ją kapłan w kościele zaczyna, 
mówi: "Pan z wami" i kończy słowami: "Oto słowo Pań- 
skie". Ale siewcami są także i ludzie. Najpierw było 12 
apostołów i 72 uczniów, a potem tysiące, tysiące kapłanów 
i katechetek i katechetów, którzy słowo Pańskie ludziom 
przekazują. I każdy człowiek, który mówi dobre słowo 
i każdy pisarz, który pisze dobre książki i poeta, który 
wierszem mówi piękne, dobre słowa. A przede wszystkim 
mama i tata, którzy od Boga posłani uczyli cię pierwszych 
dobrych słów. I ty powiedziałeś sam pierwsze dobre słowo, 
,gdy pewnego dnia, zapatrzony w dobre oczy mamy, coś 
bardzo ważnego zrozumiałeś, chociaż wtedy niewiele 
więcej ponad roczek miałeś i powiedziałeś dobre słowo: 
"Mama!" Potem za mamą powtórzyłeś: "Tata" i "Bozia" 
i "Aniele Boży" i "Dżiadzia" i "Babcia"... I z każdym 
dniem tych dobrych słów i w twoim sercu i na ustach 
przybywało. I z nich królestwo Boże wyrastało, czyli Pan 
Jezus mieszka w twoim sercu i jest twoim Królem. I za- 
cząłeś sypać dobrym ziarnem dobrego słowa. Wyrastała 
z tego ziarna radość i dobroć i szczęście twoich bliskich, 
ukochanych. .. Aż pewnego dnia spotkałeś biednego - 
człowieka, który stał przy drodze. Nie miał czapki na 
głowie, tylko ją w ręce trzymał, a ludzie czasem - jeden 
na dwudziestu - wrzucali mu do tej czapki niezłotą, 


niesrebrną '-monetę. Ty także przystanąłeś i szukać za- 
cząłeś w kieszeniach pieniążka. Nie znalazłeś. I wtedy 
powiedziałeś z uśmiechem nieśmiałym: "Przepraszam!"... 
A on powiedział: Nie przepraszaj, dziecko, bo ty mi dziś 
najwięcej z wszystkich ludzi dałeś. Bo nikt mnie jeszcze 
nigdy nie przepraszał, kiedy mnie mijał i nic mi nie dawał. 
Ty jesteś pierwszy!... 
I gdy szedłeś dalej trochę zawstydzony, a więcej szczę- 
śliwy, powiedziałeś sobie samemu serdecznie: Wrócisz 
tu jeszcze! I obdarzysz tego człowieka biednego i nie 
tylko tego, ale każdego, którego napotkasz, nie tylko pie- 
niążkiem, ale dobrym słowem. A ono wyrośnie w drzewo 
tak olbrzymie, nie na dwa metry, jak z ziarnka gorczycy, 
ale wierzchołkiem będzie sięgać nieba... 
Teraz już wiesz, dlaczego tytuł MAŁE A T AK"WIELKIE. 
To ludzkie słowo, choćby było małe, byle było dobre...' 


Ks. LUDWIK WARZYBOJ{ 


'. 


..... 
. ) 


:.?'!-'." 


". ,. 
'. 
 


," I 
 
" 
 
. 



 

( ",. . 

 ' . "'. 


'''''''. 


,f, 


, 


.. 


.. 


,1\, 


	
			

/p0004.djvu

			\ 


\ 


fi 


.' 


, I., 
i'1 


.. 



 



 , 


tt 
 


'. 


... 


.r 


I 
........ .' 


J1! 


... .. 


l' 


" 


\ 


. 


- 


",'" 


l. 


, 


. 
" 


. 


\\ 


, , ' 
, \ 
\ 


, 


... 


. 



 
Widzimy Go najczęściej śpiącego w żłobku, -ale kiB(ł 
śpiewamy w kolędzie !,witajCie aniołowie, pasterze grajćie.. 
Mu, klękajcie menarchowie, nie budź(;ie Go .-;esrlU" 
 
nie barq7k1 cwyobrażamy sobie, żeby móg
 spać, skoro 
chł9PĆY hałasowali, na instrumentach, trzej ,turyści p
kQ- 
wali .się za jednym zamachem do małego 1l1ieszkli;;'ia,' 
a aniołowie,..,- 
Myślę, że anioł też potrafi oqJJ,dQ;ie 'Przeci
ż kiedy śnił 
,się świętemu Józefowi, zaraz go budził, żeby ważny sen 
nie wyleCiał mu z pamięci. 
Jezus mógł pospać najczęściej chyba wtedy, kiedy był 
. dzieckiem - ale cóż, kiedy dzieciństwo samo ucieka jak 

n. ' 
Rozpoczął od pobytu na pustyni kuszenia, a więc od 
Wielkiego Niespania - nie spał 40 dni z rzędu. 
Potem Nikodem budził Go stale, bo nocami przychodził 
i pytał. 
Ale nie można nikogo obudzić grzecznie. 
Ewangelia wieJe razy opowiada, że Jezus spędzał czas 
na modlitwie. Nie spał nocą w Ogrodzie Oliwnym. Nawet 
po Zmartwychwstaniu nie spał, bo o świcie już chodził 
nad jeziorem. Raz jeden napisano, że spał - na dnie łodzi. 
Jak delikatna potrafi być straszna burza. Huczała, ale 
Jezusa nie obudziła. Budzi Go ten, kto się za wcześnie boi. 


"
I 


Ks. JAN TWARDOWSKI 


( 



 
,
 


/' 


1- 


',; 


.
 n 


,
		

/p0005.djvu

			I 
I 


Mdr 1, 13-15; 2, 23--24 
2 Kor 8, 7. 9. 13-15 
Ewangelia według świętego Marka 
na XIII niedzielę zwykłą 26.06.1988 r. 
Gdy Jezus przeprawił się z powrotem łodzią na 
drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, 
a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł- 
jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. 
Gdy Go ujrzał, upadł Mu do n9g i prosił usilnie: 
"Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią 
ręce, aby ocalała i żyła." Poszedł więc z nim, a wielki 
tłum szedł za Nim. . 
Przyszli ludzie do przełożonego synagogi i donieśli; 
"Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Na- 
uczyciela ?" 
Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożo- 
nemu synagogi: "Nie bój się, tylko wierz". I nie 
pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, 
Jakuba i Jana, brata Jakubowego. 
Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. 
Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia 
wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk i pła- 
czecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi." I wyśmiewali 
Go. 
Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko 
ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, 
i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziew- 
czynkę za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", co 
znaczy: "Dziewczynko, mówię ci, wstań." Dziewczyn- 
ka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem 
dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. 
Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie 
wiedział, i polecił, a.by. jej dano jeść. 
(Mk 5, 21-24. 35b-43) 


DrUGO STrOnO 


- Tatuśku, powiedz mi, jak to jest, że przychodzi do 
kogoś śmierć? - spytała nagle Ola, bo wciąż nie mogła 
zapomnieć znalezionego dzisiaj rano nieżywego małego 
szpaczka; który wypadł ze starej i dziurawej szpaczej 
, budki. - Czy śmierć to jest coś, czy ktoś? 
"Tatusiek" przerwał przymierzanie deseczek, bo budował 
właśnie nową budkę dla szpaków, zamyślił się przez chwilę 
i jakoś tak szaro się uśmiechnął: 
- Widzisz, Oleńko - powiedział - każdy ma swoją 
śmierć, a ona do każdego przychodzi inaczej. Do kogoś 
przychodzi tak, że on nagle jakby o nią się potknął i prze- 
wrócił. Do innego przychodzi całkiem niespodziewanie, 
jak Amen w środku modlitwy, Innego ona goni, bo ten 
ucieka przed nią, jak przed własnym cieniem. Do kogoś 
innego jeszcze przychodzi jak dobry sen, z którego się 
już ktoś nie obudzi... 
- A gdzie ona zabiera wszystkie umarłe ptaki, zwie- 
rzęta i ludzi? - spytała Oleńka, a jej oczy zrobiły się . 
większe od żaciekawienia. ' 
- To trudno powiedzieć... - powiedział "Ta tusiek", 
zbijając daszek szpaczego domku. - Smierć to nie jest- 
ktoś. taki, jak to czasem malują taką Panią Kościstą. 
Smierć nie jest to c o ś... Jak ci to wytłumaczyć? 
\ - Po prostu t'ak, jak tłumaczyłeś mi, jak żyją szpaki 


i jak robi się dla nich domki - powiedziała Oleńka, bo 
wiedziała, że "Tatusiek" ma zawsze w głowie jakąś cieka- 
wą odpowiedź na każde jej pytanie. 
- Spróbuję, choć to trudniejsze od opowiadania o szpa- 
kach i ich domkach! - we&tchnął "Tatusiek". - Widzisz, 
są takie dwie krainy. Jedna jest bardzo blisko drugiej - 
nikt nawet nie wie, jak bardzo blisko. W jednej z tych 
krain są zegary, co wciąż poganiają ludzi. Są tam choroby, 
jesienie i zimy i łzy. I w tej właśnie krainie my mieszkamy. 
Ale gdzieś, tuż obok, jest druga kraina, której nie widać, 
choć jest tak bardzo blisko. Tam jest zawsze wiosna, 
zegarów nie ma, a jeśli są, to bez wskazówek i bez cyferek. 
Nie ma tam chorób i bólów zęba, a łzy już wszystkie dawno 
obeschły. W tej krainie jej jasnymi drogami przechadza 
się zawsze młody Pan Jezus i rozmawia z tymi, którzy 
kiedyś powiedzieli śmierci: Dobry wieczór i Dobranoc, 
a w -chwilę potem powiedzieli: Dzień dobry niebu, bo tak 
nazywają ludzie tę drugą krainę. A śmierć jest tą chwilką, 
kiedy przechodzi się z naszej krainy do tej drugiej, a tu 
zostawia się tylko ciało, tak jak zostawiasz przed progiem 
domu parasol, pelerynę i kalosze. 
- Jak to? To tak całkiem bez ciała? - spytała Oleńka, 
nie mogąc uwierzyć, że z ciała się też można rozebrać. 
- Tam się dostaje całkiem :p.owe! - uśmiechnął się 
"Tatusiek". - I bardzo dobrze, bo moje na przykład, 
już się trochę zestarzało i zużyło. Już nie jest tak ładne 
i nowe, jak twoje, zobacz... 
I pokazał swoje zniszczone pracą ręce. 
- A gdybym... gdybym to ja tak umarła i poszła 
sobie dp tej krainy, to co byś wtedy zrobił Tatuśku? - 
spytała Oleńka całkiem poważnie. 
"Tatusiek" przerwał przybijanie do szpaczego domku 
daszku, spojrzał na Oleńkę jako
 smutno i powiedział: 
- Pewnie nauczyłbym się wtedy płakać, bo dotąd nie 
bardzo wiem, jak się to robi. Płakałbym może tak, jak 
ty dzisiafnad tym nieżywym szpaczkiem i chyba osiwiał- 
bym ze smutku, chociaż miałbym jedną pociechę... 
- Jaką? Jaką? - zapytała Oleńka, chcąc po cichu 
sprawdzić, jak bardzo "Tatusiek" ją kocha. 
- .. .że w tamtej krainie" podejdzie do ciebie śpiącej 
Pan Jezus i powie: Oleńko, ja tobie mówię - obudź się 
i wstań! Bo tak kiedyś powiedział do jednej dziewczynki, 
której tatuś przybiegł do Pana Jezusa i prosił Go, jak 
umiał najładniej, żeby Jezus przyszedł i żeby coś zrobił, 
bo jego córeczka umarła... I wyobraź sobie - tu "Tatu- 
siek" uśmiechnął się, jakby to on był tamtym tatusiem - 
Jezus wziął ją za rękę, powiedział: Wstań! i mała wstała, 
jakby przebudzona po bardzo długim śnie, zdziwiona 
łzami tatusia. A Pan Jezus kazał dać jej jeść, jakby wróciła 
z bardzo długiej drogi. Myślę, że Pan Jezus chciał tak 
właśnie pokazać ludziom, że to, co zrobił wtedy w naszej 
krainie, to w tamtej będzie robił bardzo często. Chyba, 
że ktoś tak zabłądził na złych drogach, że tam nie trafi... 
. -, Ja będę się modliła, żebyśmy tam trafili razem - 
z tobą, mamą, babcią i Marec
kiem, Tatuśku - zapewniła 
gorąco Oleńka i z
ożyła ręce, jakby już teraz miała się 
modlIć. 
Domek dla szpaków był gotowy, a "Tatusiek" oglądał 
go zamyślony, jakby widział już 
 nim wszystkie żywe 
szpaczki, które tam będą po swojemu gwizdać. W końcu 
odstawił go i przytulił do siebie Oleftkę inó,Wiąc: 
- I ja też modlę 
ię codziennie o to, aby kiedyś Jezus 
obudził nas tam, gdzie ptaki nie wypadają z gniazd i żyją 
wszystkie, które były, są i będą na ziemL Tam, gdzie zawsze 
jest wiosna, a ludzie nie umierają, bo żaden zegar nie liczy 
im lat. 


brat TADEUSZ RUCINSKI FSC 


Ojciec Swięty prosi, by w czerwcu modlić się wraz z nim za ws
ystkich ludzi pracujących nad wyzwole- 
niem ludzi uciśnionych w jakikolwiek sposób oraz prosić Pana Jezusa o otwarcie serc ludzkich na biedę 
i potrzeby bliźnich. 


5
		

/p0006.djvu

			n 


Dla wielu z was to już drugi konkurs "Małego Gościa". 
I to podobno trudniejszy od tego o zwierzętach, chociaż - 
jak wspominaliście w swoich listach - było "mniej do 
czytania". Bardzo dŻiękujemy za dołączone do odpowiedzi 
konkursowych listy, za wasze uwagi, pytania i propozycje. 
Wszystkim wam postaramy się odpowiedzieć listownie. 
Poziom wielu prac konkursowych był bardzo wysoki 
i to niezależnie od wieku autorów (rozpiętość wieku ucze- 
stników konkursu jest spora, np. Łukasz z Lublina ma lat 
5 zaś Renata z Hurowa 17!). Nabraliście też wprawy 
w przesyłaniu waszych malunków, rysunków, wydzieranek 
i wyklejanek. Były też i inne prace, które wprawiły nas 
w osłupienie np. rysunek "wzbogacony" kaszą manną 
czy kolorowe, przepiękne gobeliny Mariusza i Andrzeja 
z Polanicy. Wasze prace troskliwie okryte tekturkami, 
czasem jeszcze za bezpieczone plastikowym woreczkiem 
dotarły do nas bez najmniejszego uszkodzenia. Nawet brak 
dużych kopert nie był przeszkodą dla pomysłowych ucze- 
stników konkursu! W wielkim stosie na redakcyjnym stole 
piętrzą się własnoręcznie, wykonane opakowania z jedno- 
barwnych i wzorzystych papierów pakunkowych a nawet 
.. .ściennej tapety. Od połowy września czynna będzie - 
jak zwykle w hallu reda,kcji - pokonkursowa wystawa 
waszych prac. 
A imponujące grono dZisiejszych przyjaciół Jezusa? 
Niektórych znamy wszyscy; w wielu odpowiedziach pow- 
tarzały się imiona Ojca Swiętego czy Matki Teresy z Kal- 
kuty., Dzięki waszym odpowiedziom na konkursowej liście 
przyjaciół Jezusa znalazł się też dziadek Romek i babcia 
Nela, Pani Jabłecka i wujek Marian, ksiądz Janusz i siostra 
Maryla a nawet - dzięki naj młodszym uczestnikom - 
pingwiny i smurfy! Często wymienialiście wasze rodzeń- 
stwo i rodziców. Razem z wami dziękujemy wszystkim 
waszym bliskim za okazaną pomoc, za czytanie Ewangelii 
naj młodszym, za tłumaczenie trudniejszych miejsc, za 
zachętę do samodzielnego malowania i rysowania! 
A teraz wyniki! W konkursie wzięło udział prawie 
250 dzieci z całej Polski. Najwyższe oceny za bardzo cie- 
kawe, starannie przemyślane uzasadnienia wyboru wy- 
szukanych w Nowym Testamencie przyjaciół Jezusa 
i piękne, pomysłowe prace plastyczne otrzyma
o 31 osób. 
Są to: Grzegorz Brzuchański 1. 12 Polanica, Hieronim' 
Fajkis L 15 Swierklany, Jadwiga Gajda L 9 Jedlicze, 
Anna Gala 1. 14 Latowicz, Agnieszka Glica L 13 Sutków, 
Adam Grabiec L 16 Niwiska, Piotr Grela L 8 i Paweł Grela 
L 8 Łubnice, Klaudiusz Kaszubiak 1. 9 Koszalin, Joanna 
Koczur L 9 i Justyna Koczur 1.10 Roczyny, Monika Korcyl 
L 9 Sosnowiec, Radosław Kozubek L 11 Polanica, Sławomir 
Lewicki L 9 Gniewkowo, Mariusz Machnik L 14 Polanica, 
Marcin Mazurkiewicz 1. 6 i Paweł Mazurkiewicz L 12 Ruda 
Sląska- Wirek, Andrzej Moraczewski L 12 Polanica, Ag- 
nieszka Pyra L 13 Kraśnik, Karolina Pytkowska 1. 7 Pia 
stów, Edyta 'Stoch L 12 i Krzysztof Stoch L 14 Mszana 
Opacka, Piotr Sztanderski 1. 11 Polamca, Krzysztof Szub- 
zda L 12 Białystok, Danusz Szymela L 13 Polamca, LIdIa 
Trybulska L 13 l Małgorzat lol Trybulska L 15 GrudZiądz, 


I 


Ewa Walter L 13 Kępno, Andrzej Wiewióra L 11 Niwiska, 
Adam Zaczek L 13 Wejherowo, Justyna Zołowicz L 12 
Złotniki. 
Grupa drugich nagród liczy 20 osób: Beata Brzezińska 
L 12 Wielki Klincz, Agnieszka Bukowska L 12 Kraków, 
Dorota Chojnacka L 8 i Tomasz Chojnacki L 14 Kielce, 
Jerzy Danielewicz L 11 Wrocław, Beata Feledyn L 13 Pu- 
ławy, Łukasz Jakubowski L 5 Lublin, Andrzej Knapik 
1. 12 Lubnia, Marta Kogut L 9 Rybnik, Izabela Marciniak 
L 15 Ropienka, Bożena Markiewicz L 12 Karol, Andrzej 
Mitoraj 1. 11 Zurowa, Michał Nolywajka L 13 Katowice, 
Justyna Pytkowska L 11 i Lech Pytkowski L 5 Piastów, 
Grzegorz Sitko 1. 14 Niwiska, Krystyna Szpor L 11 i Ag- 
nieszka Szpor L 10 Olesno, Michał Szymusiak L 9 i Paweł 
S
ymusiak 1. 11 Nowy Targ. 
Najliczniejsza jest grupa wyróżnień - aż 102 osoby! 
Za bardzo dobre i dobre prace 
yróżnienia otrzymują: 
Monika Bąk L 8 i Nina Bąk L 10 Bydgoszcz, Joanna Bed- 
narska L 9 Rybnik, Iza Białecka L 10 Pilica, Magdalena 
Biernat L 6 i Marcin Biernat ł. 5 Zywiec, Bilczewski Tomasz 
1. 9 Bielsko-Biała, Dorota Borowiec L 12 Mielec, Marcin 
Bródka L 10 Katowice, Marek Chorzempa L 12 Sosnowiec, 
Andrzej Cudecki L 14 Niwiska, Adam Chwiendacz L 10 
i Piotr Chwiendacz L 15, Frydek, Katarzyna Cieślik L 11 
Smardzowice, Mariusz Ciski L 13 Kossobudy, Tomasz 
Czosnyka 1. 10 Fiuk, Mariusz Dębowicz L 14 Wiązów, Anna 
Drozd 1.9 Zręcin, Agata Fac L 15 Piekary, Anna Filip L 13 
Ulucz, Sylwia Florczak 1. 11 Katowice, Zbigniew Fudala 
L 10 Kołkówka, Renata Gargała L 17 Husów, Adrian 
Gołda L 11 Bielska-Biała,.Alicja JakielL 11 i Anna Jakiel 
L 9 Łódź, Marcin Janikowski L 7 Starogard Gdański, 
Agnieszka Janiszewska L 14 i Gabriela Różycka L 14 Go- 
rzanów, Renata Jarczewska L 12 Łódź, Agnieszka Jarzyna 
L 12 Katowice, Adrianna Kalisz 1. 14 Katowice, Magdalena 
Kamińska 1. 11 Katowice, Regina Karwicka L 13 Mysłowi- 
ce, Gabriela Kasprzak 1. 13 Łódź, Piotr Koczwara L 11 
Nawsie Kołaczyckie, Agnieszka Kołek L 11 Katowice, 
Piotr Korzeniowski L 9 Wielka Wieś, Piótr Kostaciński L 11 
Katowice, Bartłomiej Kowalski 1. 9 Katowice, Bartłomiej 
Koziara L 14 Maków Podh., Michał Koziara L 10 Katowice, 
Tomasz Krawczyk 1. 12 Łąkta Górna, Magda Kuczyńska 
L 11 Wapienica, Joanna Kupka L 11 Racibórz, Irena 
Kuriasz L 14 Przemyśl, Justyna Kurtok L 11 Katowice, 
Adam Kuś L 10 Katowice, Weronika Kuś L 11 Ruda Slą- 
ska-Halemba, Sylwia Kwiecińska L 12 Kraśnik Fabr., 
Hanna Laskowska L 11 Bielsko
Biała, Helena Lata L 10 
Chorzów, Anna Latała l. 10 i Maria Latała L 10 oraz 
Edyta Latała l. 14 i Grzegorz Latała L 12 Wawrzeńczyce, 
Dorota Lechowicz L 16 Miechowice Małe, Renata Lipińska 
1. 10 Tarnobrzeg, Beata Małodzińska L 12 Zarównie,. Ga- 
briela Mamok L 11 Katowice, Jolanta Marczyk L 17 Jasło, 
Piotr Milewicz L 11 Gubin, Adrian Moń L 11 Katowice, 
Jacek Niemiec L 14 Rzeszów, Justyna Oleś L 15 Ruda 
Sląska-Halemba, Anna Pachacz L 12 Droginia, Marek 
Pasławski L 12 Brzóska, Agnieszka Paszyna L 13 Kędzie- 
rzyn, Paweł pilawski 1. 14 Kraków, Piotr Pluta L 11 i Pa- 
weł Pluta L 7 Przemyśl, Katarzyna Połoniec L 8 Rabka, 
Elżbieta Puchyr L 11 Dubiecko, Genowefa Pyka L 17 Lu- 
bockie, Agnieszka Raj L 12 Katowice, Paweł Rochowiak 
dokończenie na str. 23
		

/p0007.djvu

			. m 
. .. . 
.. .... ' 
..... ." .. . ., .. 
- .. .- .. 
... ",
. -.-...
 . 
. ..... '.. J .::, 
 :. 
.:... .. ... .- . 
...
...- 
... .,. 
.. ....... ... ..... 
. .. .-ł! . . 
. - . -.. .'. 
'.. .:. 
....'" .. 


nie tyll(ę dla 


Mamy w naszej Ojczyźnie wiele sanktuariów maryjnych 
- miejsc, które szczególnie umiłowała Matka Syna Bożego. 
Bywają sanktuaria ogromne, bardzo znane, bywają też 
mniejsze, ukryte wśród pól i lasów, do których pielgrzymu- 
ją tylko najbliżsi mieszkańcy. Maryja wszędzie oczekuje, 
zaprasza do modlitwy, a przede wszystkim na Eucharystię. 
Nie tylko nasz naród kocha Bogurodzicę. W każdym 
niemal kraju możemy odnaleźć miejsca szczególnie poświę- 
cone Jezusowi i Jego Matce. Chociaż powinniśmy przede 
wszystkim poznawać i odwiedzać polskie świątynie oddane 
pod opiekę Maryi, to chyba nie 'zaszkodzi dowiedzieć się 
coś-niecoś o innych sanktuariach znanych poza granicami 
Polski. 
Taką właśnie propozycję podsunął ksiądz na kolejnym 
spotkaniu, ministrantów. Bardzo dobrze. Wybieramy się 
więc w podróż po Europie. Mamy do pomocy kolorowe 
przezrocza, rzutnik, mapę i .. .45 minut. A właśnie, jeszcze 
przewodnika w osobie Księdza Opiekuna. Więc w drogę! 
Po wielu godzinach podróży przybywamy do Francji. 
. U stóp gór Pirenejów leży niewielkie miasto Lourdes. 
Pewnie nikt z nas nie słyszałby o tym miasteczku, gdyby 
nie tajemnicze wydarzenia rozgrywające się w XIX wieku. 
W 1854 roku papież Pius IX ogłosił całemu światu nowy 
tytuł Maryi: Niepokalanie Poczęta. Pamiętamy doskonale 
Jej święto przypadające 8 grudnia. Prawie cztery lata 
później, właśnie w Lourdes, Matka Boża przedstawiła się 
światu tym tytułem. Młoda, czternastoletnia dziewczynka 
imieniem Bernadetta, zbierająca w lesie drewno do rodzin- 
nego gospodar
twa, weszła przypadkowo do jednej 
 grot 
skalnych. Ujrzała tam przepiękną Kobietę. Od tej pory 
często udawała 'się na miejsce spotkania. Widywała Maryję 
18 razy. Podczas jednej z niezwykłych odwiedzin Matka 
Boża powiedziała o sobie: "Ja iestem Niepokalane Poczę- 
cie". . I 
Dziewczynka nie miała odtąd łatwego życia. Zabroniono 
jej składania wizyt w grocie, wyśmiewano się i kpiono. 
Kościół zainteresował się jednak zeznaniami młodej dziew- 
czyny. Przeprowadzono długie i bardzo dokładne badania, 
uznając w końcu objawienia jako prawtlziwe. Bernadetta 
szczerze pokochała Niepokalaną Maryję. Po dwudziestu 
latach zmarła w jednym z klasztorów. Pół wieku później 
została ogłoszona świętą. 
Do Lourdes zaczęli przybywać liczni pielgrzymi. Naj- 
pierw z pobliskich okolic, później z głębi Francji a wreszcie 
z całego świata. W miejscu objawień wytrysnęło źródło. 
Tam właśnie wielu chorych doznało cudownego uzdrowie- 
nia. Nic więc dziwnego, że to sanktuarium stało się celem 
pielgrzymek mnóstwa wiernych. Wkrótce wybudowano 
ogromny kościół, aby każdy pielgrzym mógł uczestniczyć 
w spotkaniu z Chrystusem. 
Czas już opuścić Francję. Mijamy słoneczną Hiszpanię 
i zatrzymujemy się w Portugalii. Dokładniej w Fatimie, 
miejscowości odległej od stolicy kraju, Lizbony, o ponad 
100 kilometrów. To tutaj, 13 maja 191 t roku Matka Boża 
przemówiła do trójki ubogich pastuszków: Franciszka, 
Hiacynty i Łucji.: "Nie bójcie się. Nie zrobię wam nic 
złego. Przybyłam, by prosić was, byście przychódzili tutaj 
przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia o tej' 
samej porze". Tak też się stało. Podczas kolejnych, comie- 
sięcznych spotkań "Przepiękna Pani" (tymi słowami dziec,i 
opisywały Matkę Bożą) przedstawiała pastuszkom swoją 
prośbę: "Powiedzcie światu, by 'wszyscy nawrócili się do 


. . 
lnlstmnmW 


Boga, odchodząc od swoich grzechów przez pokutę. Poproś- 
cie, aby wszyscy ludzie pokochali modlitwę różańcową 
i w ten sposób zwracali się do mojego Syna, Jezusa Chrys- 
tusa" . 
Tymczasem dorośli - jak to dorośli - nie chcieli wie- 
rzyć małym pastuszkom z portugalskiej wioski. Podobnie 
jak Bernadetta z Lourdes także i oni musieli sporo wy- 
cierpieć. Aby udowodnić, że słowa te naprawdę pochodzą 
z nieba, matka Boża zapowiedziała na 13 października 
1917 roku ogromny cud, który oglądną tysiące ludzi. 
Tego dnia przybyły do Fatimy tłumy ludzi. Nagle, spośród 
gęstych chmur zebrani dojrzeli jasną tarczę słoneczną, 
jakże jednak różną od słońca oglądanego codziennie na 
niebie. Ogromna kula o niesamowitej barwie, mieniąca 
się-całym bogactwem odcieni zaczęła nagle wirować, raz 
oddalając się, a raz zbliżając do horyzontu. Ludzie upadali 
na kol
na głośno zanosząc do Boga swoje modlitwy. 
Niedługo potem Kościół uznał za prawdziwe objawienia 
przekazane trójce dzieci, z których Lucja żyje do dziś 
służąc Bogu w jednym z klasztorów karmelitańskich. W Fa- 
timie zbudowano duży kościół, we wnętrzu którego posta- 
wiono piętnaście wspaniałych ołtarzy przypominających 
o piętnastu tajemnicach różańca. 
Minęły lata i oto 13 maja 1981 roku, w kolejną rocznicę 
pierwszego objawienia Maryi z Fatimy, cały świat obiegła 
tragiczna wiadomość. Zły człowiek poważnie zranił Ojca 
świętego, gdy ten spotykał się z chrześcijanami na Placu .. 
świętego Piotra w Rzymie. Nasz papież długo powracał do 
zdrowia, modląc się nieustannie do Matki Fatimskiej. 
Rok później przybył z pielgrzymką do Portugalii, gdzie 
wobec wszystkich zebranych oświadczył: ' 
"Oto dzisiaj przybywam po to, by w tym miejscu, które 
jak sądzę zostało naprawdę wybrane przez Matkę Boga, 
dziękować Bożej ,Opatrzności". 
W wielu naszych parafiach, na pamiątkę objawień wierni 
gromadzą się od maja do października, by trzynastego 
dnia miesiąca odmawiać wspólnie różaniec. Spełniamy 
przez to prośbę Matki Bożej i polecamy Bogu - Dobremu 
Ojcu naszego Papieża. Właśnie za parę dni znowu usły- 
szymy w naszych kościołach dzwony zapraszające do mo- 
dlitwy różańcowej. Chyba dobrze się stanie, jeżeli mi- 
nistranci odpowiedzą swoją modlitwą na gor
cą prośbę 
Matki Bożej. . 
W notesie ministranckim zapisałem "ściągę": 13 czerw- 
ca różaniec. Spróbujcie także spotkać się na modlitwie 
fatimskiej w kościele parafialnym albo w kręgu rodzin- 
nym. 


Jacek 


Redakcja ponawia prośbę wyrażoną już w poprzednim 
numerze: napiszCie do nas o odwiedzinach sanktuariów 
maryjnych a także kalwarii, o których przeczytacie na 
ostatniej stronie tego numeru. Mogą to być opisy pielgrzy- 
mek zbiorowych i indywidualnych, ciekawe będą też wy- 
powiedzi tych z Was, którzy mieszkają w miejscowościach 
pielgrzymkowych: jak to jest na co dzień żyć w tak nie- 
zwykłym miejscu. 
Przypominamy, że - jak zawsze zresztą - na każdy 
list odpowiadamy, jeśli tylko będziemy mogli odczytać 
adres zwrotny na kopercie. 


7
		

/p0008.djvu

			Na półce z dziewczyńskimi bibelotami było mi dobrze. 
Szczęścia doczesnego w tym domu nie było za wiele, ale 
było dużo wzajemnej życzliwości i cierpliwości. 
Właściwie to mieszkaliśmy tu we trójkę: ja, dziewczyna 
i jasnowłosa kobieta, która jeździła po domu wózkiem 
inwalidzkim. Jeśli nie liczyć brodatego chłopaka, który 
przychodził głównie do mojej dziewczyny, ale przeważnie 
zajmował się jej nie sprawną matką. 
Było lato, były wakacje, a moja dziewczyna stawała 
się coraz smutniejsza. Coraz częściej brała mnie w palce, 
coraz częściej przytulała do policzka. Raz nawet mnie 
pocałowała. 
- Przecież nie zwariowała - przekonywałem sam siebie, 
zupełnie oszołomiony obcym mi doznaniem. 
- Pójdziesz mój piętaszku na pielgrzymkę do Częstocho- 
wy - powiedziała wcale nie raaośnie, stukając mnie koń- 
cem paznokcia w głowę od orzełka. 
Nie chciałem być całowany ani iść na żadną pielgrzymkę. 
Wiedziałem, że jeśli mnie stąd zabiorą, to nigdy nie wrócę 


'f" 

. .. 
\ 
....... 
. 

\t "il . 
" .. ) 
r' { 
," ł t , 
\ 
 
I .' , ' 
ł. 
\ ,\\ tu'" J! ,. , 
","' , ł 
.. t. 
., "...- 
 . 

 
ł I 
,\\\\\\ , 
8 


I 


do tego domu i tych ludzi. A moje serce było już do nich 
przywiązane. 
Dziewczyna popłakiwała, ja byłem zły, kaleka matklt- 
namawiała córkę żeby szła także, a brodaty chłopak kusił: 
,,- Chodź ze mną, moja mama zastąpi cię tutaj". Ale 
dZiewczyna uparcie twierdziła że iść nie może, chociaż 
według mnie to mogła i to nawet bardzo. 
I tak pewnego dnia w okropnym smutku rozstałem 
się z jej palcami pachnącymi płynami do mycia naczyń 
i proszkami do szorowania. Wsuwając mnie w siatkową kie- 
szonkę na trykotowej koszulce chłopaka, tam gdzie żyło 
jego serce, powiedziała mężnie: ,,- Tym piątakiem za- 
dzwoń do mnie z Częstochowy, a Królowej' Polski pokłoń 
się od mojego serca". . 
Ruszyliśmy. Chłopak i ja. Obaj rozdzierająco smutni, 
chociaż wokół nas wrzało morze radości w głosach, w śpie. 
wfe, w gitarach. Na żadnej twarzy nie zauważyłem jeszcze 
znużenia, zmęczenia, tłumionych grymasów bólu. Dopiero 
potem. Po dniu, po dwóch, może po pięciU:. Radosne szeregi 
rwały się, zmoczone ubrania wysychały na ciałach, a umę- 
czone nogi stąpały coraz ostrożniej. 
Nie starałem się nawet rozumieć po co tym masom 
ludzi to dobrowolne umęczenie. Przylepiłem się do spoconej 
koszulki chłopaka i nie ulegałem żadnemu masowemu 
podnieceniu. I w tym stanie ducha doszedłbym może nawet 
do samej Częstochowy, gdyby mojemu brodatemu chłopako- 
wi nie włożono w dłonie jakiegoś drewnianego palika. 
- Teraz twoja kolej bracie na niesienie chorągwi - 
powiedział inny zakurzony brodacz, który był księdzem. - 
'Tylko nie skuś się na jabłko - zażartował, unosząc do 
góry kosmatą brodę. 
.Spojrzałem i ja. Na końcu palika lekko powiewała ozdo- 
bna chorągiew, cała pokryta kolorowym haftem. I rzeczy- 
wiście była tam jabłonka z całym mnóstwem dorodnych 
jabłek. A pod nią siedziała Złocistowłosa z Dzieckiem 
na kolanach. Chyba się opalało, bo było bez ubrania. 
- Ave Maryjo! '- radośnie zakrzyczałem z głębi ażurowej 
kieszonki. - Ave Jezus! 
- Ja też cię pozdrawiam - odpowiedziała Przedziwna, 
wykonując w powietrzu łagodny gest dłonią. 
- Strasznie się umordujecie na tej pielgrzymce - współ- 
czułem gołemu Jezusowi i jego Najczystszej Matce. - 
Mój brodacz który Was niesie to już się słania ze słabości, 
bo od trzech dni nic nie je na jakąś intencję. 
- Brak mu roztropności - powiedziała z przyganą. - 
Lecz miłosną uwagą obdarzamy jego dZiewczynę. Ona 
zarówno mnie jak i Chrystusa bezgranicznie zachwyca - 
dodała. 
- Ale jej tu nie ma - ośmieliłem się przypommec, 
zażenowany, że Matka Wszechwiedzącego przeoczyła ten 
szczegół. - Ona została z matką w domu, a mogła zostać 
sąsiadka. 
Jej Syn poruszył się, jakby urażony treścią moich myśli. 
- Gdy matka choruje, obowiązek pielęgnowania spada 
najpierw na dzieci, a dopiero potem na sąsiadów - powie- 
działa, delikatnie otulając nagość Dziecka swoim płasz- 
czem, bo miało się już ku zachodowi. 
- Poproś swojego Syna żeby mojemu brodaczowi udzielił 
daru o który Go prosi, co? Zależy mu na wygraniu jakiegoś 
konkursu. Niech ma - ośmielałem się wstawiać, bo wyraź- 
nie czułem, że on także jest kochany. 
- Jemu już wcześniej została udzielona wielka łaska 
miłości do tej dziewczyny - powiedziała tkliwie Najmilsza. 
- Miłość to też dar? - zdziwiłem się. Ale nie śmiałem 
wątpić, chociaż nie dane mi było wszystkiego rozumieć. 
Niczego więcej na ten temat już się nie dowiedziałem, 
bo Madonnę z Dzieckiem pod jabłonką ktoś wyjął z rąk 
mojego chłopaka i poniósł na pole namiotowe, a ja na 
powrót wcisnąłem się w głąb kieszonki. Tam gdzie żyło 
jego serce wypełnione miłością. 


MIECZYSLA W A SZYGOWSKA
		

/p0009.djvu

			CUDA CHRYSTUSA 


c u d e m nazywamy zjawisko niezwykłe i pod zmysły 
podpadające, którego pochodzenie wykracza poza możli- 
wości natury i jej prawa, a zatem jego przyczyny należy 
szukać jedynie w nadzwyczajnej i wyjątkowej interwencji 
samego Boga. W każdym cudzie występuje zawieszenie 
normalnego działania natury. Z cudami spotykamy się 
w Starym i Nowym Testamencie. Do cudów starotesta- 
mentalnych należy zaliczyć przede wszY!:ltkim te, które 
Bóg uczynił w związku z wyzwoleniem narodu izraelskiego 
z niewoli egipskiej (10 plag, przejście przez Morze Czerwo- 
ne, codzienne zsyłanie mu podczas wędrówki po pustyni 
cudownego pokarmu w postaci manny i przepiórek itd.). 
Nadzwyczajne te zjawiska, zwane "znakami", miały 
Izraelitów przekonać, że Bóg naprawdę, wbrew przeszko- 
dom stawianym przez ich wrogów, chce ich w y b a yv i ć 
i zaprowadzić szczęśliwie do Z i e m i o b i e c a n e j. 
Z nastaniem N o w e g o P r z y m i e r za Bóg w prze- 
dziwny sposób okazuje swą moc, np. przyozdabia niezwy- 
kłymi darami naturalnymi i nadprzyrodzonymi Najświęt- 
szą Maryję Pannę, Matkę swego Syna; posyła do Niej anio- 
ła w postaci ludzkiej; pozwala niepłodnej i starzejącej się 
Elżbiecie urodzić syna itd. Szczególnie jednak sam Jezus, 
Syn Boży, czyni cuda i wielkie znaki. 
Ewangelie opowiadaj ą szeroko luJ;1 zwięźle o 38 cudach 
zdziałanych przez Jezusa, z których dziewięć odnosiło 
się do nadprzyrodzonej Jego mocy nad naturą: przemie- 
nienie wody w wino w Kanie Galilejskiej (J 2, 1-11), 
pierwszy (Łk 5, 1-11) i drugi cudowny połów ryb (J 21, 
1-14), uciszenie' burzy na Jeziorze 'Genezaret (Mt 8, 
18.23-27; Mk 4,35-41; Łk 8, 22-26), chodzenie Jezusa 
po falach Jeziora (Mt 14, 22-33; Mk 6, 45-52; J 6, 
16-21), pierwsze (Mt 14, 13-21; Mk 6, 35-44; Łk 9, 
10-17; J 6, 1-13) i drugie rozmnożenie chleba (Mt 15, 
29-39; Mk 8, 1-9), ryba z monetą podatkową (Mt 17, 
24-27) i nagłe spowodowanie uschnięcia drzewa figo- 
wego (Mt 21, 18-22; Mk 11, 12-14. 20-24); cztery 
przeciw wrogom: pierwsze (J 2, 13-22) i drugie oczysz- 
. czenie świątyni (Mt 21, 12-17; Mk 11, 15-19; Łk 19, 
45-48), uwolnienie się z przemocy Nazaretan (Łk 4, 
28-30) i powalenie na ziemię wrogów w Getsemani (J 19, 
4-6). Najliczniejsze (23) były cudowne uzdrowienia bądź 
z dolegliwości cielesnych (17) bądź spowodowanych przez 
opętania diabelskie (6). Największymi cudami były trzy 
wskrzeszenia umarłych: młodzieńca z Naim (Łk 7, 11,-17), 
córki Jaira (Mt 9, 18-26; Mk 5, 21_43; Łk 8, 40-56) 
i Łazarza (J 11, ,38-44). I wreszcie do cudów jedynych 
i całk9wicie przewyższających wszystkie dotychczasowe 
należało Jego Zmartwychwstanie. 
Wszystkie wymienione cuda miały potwierdzić Jego 
m e s j a ń s k i e p o s ł a n n i c t w o oraz Jego b ó s- 
t w o. Ten cel swoich cudów wymieniał niejednokrotnie 
sam Chrystus: "Ja mam świadectwo większe od Janowego. 
Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, 
które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. 
Ojciec, który Mnie posłał, On dał o Mnie świadectwo". 
(5, 36n). "Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie 
wierzcie. Jeżeij. jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie 
wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, 
że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu" (J 10, 38; por. 15, 24). 



 


Przed uczniami Janowymi dowodzi swego mesjańskiego 
posłannictwa wskazując na cuda, których oni sami byli 
świadkami (Mt 11, 5). Przez uzdrowienie paralityka w Ka- 
farnaum chce dowieść, że ma władzę odpuszczania grze- 
chów (Mt 9, 5n). Wypędzenie złych duchów z opętanych 
mają Zydów' przekonać, że przez Jego pojawienie się moc 
szatana została złamana i że na ziemi powstało mesjańskie 
Królestwo Boże: "Jeżeli Ja mocą Ducha Bożego wyrzućam 
złe duchy, to istotnie przyszło do was królestwo Boże" 
(Mt 12, 28). Również Jego cudowne uzdrowienia mają Go 
przedstawić jako zapowiedzianego przez proroków Mesja- 
sza. Powołuje się na nie jako na znak zapowiedziany przez 
proroka Izajasza w synagodze w Nazarecie (Łk 4, 16nn) 
i wobec uczniów Janowych: "Idźcie i oznajmijcie Janowi 
to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzysku- 
ją, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi 
słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewan- 
gelię" (Mt 11, 4-5; cyt. Iz 35, 5n; 61, 1). 
Jezus nigdy nie czynił cudów n a p o k a z, dla reklamy, 
dla sensacji, a tym bardziej dla wykazania, że na przykład 
stoi wyżej od współczesnych czarnoksiężników, uprawia- 
jących czarnę magię. Różnią się też one bardzo zasadniczo 
od przedziwnych zdarzeń wymyślonych przez tzw. ewan- 
gelie apokryficzne. Jezus nie chce uczynić cudu na żądanie 
diabła, podczas czerdziestodniowego postu: "Jeśli jesteś 
Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chle- 
bem",... rzuć się w dół "z narożnika świątyni" (Mt 4,3-7). 
Nie uczyni też cudu na życzenie uczonych w Piśmie i fary- 
zeuszów: "Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć 
od Ciebie. Lecz On mi odpowiedzial: "Plemię przewrotne 
i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu 
dany, prócz znaku proroka Jonasza" (Mt 12, 38n). Jego 
cud służy chwale Jego Ojca niebieskiego i obudzeniu 
wiary w Jego mesjańskie posłannictwo. 
'Czy przekazane nam opowiadania o' cudach Jezusa nie 
są mistyfikacją ze strony tych, którzy znajdowali się u po- 
czątków Kościoła, jak to niejednokrotnie w historii usiło- 
wali nam wmówić przeciwnicy prawdomówności ewangelii, 
zwani racjonalistami, liberałami i sceptykami? Otóż nie, 
gdyż ewangelie, które nam je opisują, są dokumentami, 
których autentyczności, tj. prawdziwości i wiarygodności, 
nie sposób podważyć. Zbyt wiele mamy na to dowodów. 
Uderza między innymi fakt, że większość cudów opisują 
wszystkie ewangelie - a jest ich cztery - i to niezależnie 
od siebie. Ich zaś autorowie, z których dwaj, Mateusz i Jan 
byli naocznymi świadkami działalności Chrystusa, a Marek, 
uczeń Piotra Apostoła, streszcza wiernie kazania swego 
mistrza, zasługują na pełne zaufanie. Poznać to można 
między innymi po sposobie opisywania cudów Jezusa: 
opisują je nam oni z całym spokojem, trzeźwo i bezna- 
miętnie, niejednokrotnie wyznając, że "uczniowie, słysząc 
to (tj. głos Ojca niebieskiego na Taborze podczas prze- 
mienienia Jezusa), upadli na twarz i bardzo się zlękli" 
(Mt 17, 6); powołują się też często na świadectwo wielo- 
tysięcznego tłumu, jak np. po cudzie rozmnożenia chleba: 
"A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, 
mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść 
na świat" (J 6, 14). Zresztą gdyby cuda Jezusa były 
mistyfikacją, tj. oszustwem, to jak można by wytłumaczyć, 


9
		

/p0010.djvu

			I 


\ 


Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących 


że za Jezusem ciągnęły całe rzesze ludzi o- głodzie i chło- 
dzie? Tylko, tym, że "tłumy zdumiewały się Jego nauką, 
uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie- jak 
ich uczeni w Piśmie" (Mt 7, 28n) oraz że "widziano znaki, 
jakie czynił na tych, którzy chorowali" (J 6, 2). "A wieść 
o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do 
Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite 
choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i parality-. 
ków, a On ich uzdrawiał. A szły za Nim liczne tłumy 


z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i zZajordania" 
(Mt 4, 24-25). Gdyby cuda Jezusa były mistyfikacją, 
to jak w końcu wytłumaczyć, że po Jego śmierci na krzyżu, 
a więc po całkowitym zhańbieniu Go - na śmierć krzyżową 
ska:.;;ywano wówczas bandytów i zabójców - w sposób 
błyskawic:.;;ny, w przeciągu dwóch-trzech lat, Kościół, 
który On założył, liczył tysiące wiernych i to takich, 
z których wielu za swoje wyznanie było gotowych poświęcić 
całą majętność, a nawet życie? 


10
		

/p0011.djvu

			Dobra Nowina o Królestwie Bożym czyli Ewangelia, 
którą Jezus głosi i objawia we własnej osobie, może' być 
przyjęta przez nawrócenie i wiarę: "Nawracajcie się 
i wierzcie w Ewangelię," (Mk 1, 15). Cuda czynione przez 
Jezusa powinny wzbudzić w człowieku tę wiarę, a jednak 
wielu przechodziło koło nich obojętnie, a nawet wrogo, 
tak że Jezus skarży się na to zaślepienie: "Wtedy począł 
czynić wyrzuty miastom, w których najwięcej Jego cudów 
się dokonało, że się nie nawróciły: "Biada tobie, Korozain! 
Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy 
się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze 
i w popiele by się nawróciły..." (Mt 11, 20-21): Działo 
się tak dlatego, że zaślepiała ich duchowa głupota (J 6, 
15. 26), zarozumiałość wynikająca z ich przywiązania do 
dawnych, skostniałych tradycji (J 5, 16; 7,49.52), zazdrość 
(J 12, lOn) i fałszywa mądrość (J 11, 47n). Nie posiadali 
wewnętnnej gotowości zdania się na Boga i otwarcia 
duszy na Jego wyraźny głos, a wobec takiego nastawienia 
li człowieka Jezus sam jest bezsilny: "I niewiele zdziałał 
tam cudów (tj. w Nazarecie), z powodu ich niedowiarstwa" 
(Mt 13, 58). 
Takiemu zatwardziałemu "pokoleniu" zostanie dany 
jeszcze jeden znak, znak Jonasza, czyli Zmartwychwstanie. 
Będzie to znak najbardziej wymowny i najbardziej wstrzą- 
sający, ale trudny do przyjęcia, bo będzie pochodził ze 
świadectwa osób trzecich, apostołów i innych wiarygodnych 
osób, którym Jezus Zmartwychwstały objawiał się przez 
40 dni po swoim zmartwychwstaniu. Tak więc to, co po- 
winno stanowić ostateczne oparcie dla wiary, stanie się 
"na upadek wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwać 
się będę" (Łk 2, 34). 


Znak zmartwychwstnia to punkt kulminacyjny nowego 
"wyjścia" z niewoli, tym razem z niewoli szatańskiej 
(J 13, 1) dla Kościoła, który się z tego zmartwychwstania 
rodzi! To klucz do zrozumienia historii czasów minionych 
i zarazem początek całej serii nowych znaków, które mają 
ludzi prowadzić do wiary. Ten znak - to początek nowej 
"godziny", która odtąd będzie świecić światu i objawiać 
mu istotny sens jego istnienia, a jest nim udział w tej 
"chwale", której zaczątek oglądali już uczniowie Chrystu- 
sa: "Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie 
Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego 
Jego ucznIowie" (J 2, 11). "Czyż nie powiedziałem ci, że 
jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą" (J 11, 40)? 
Zbawcza potęga zmartwychwstałego Chrystusa jest 
w Kościele i istnieć w nim będzie do końca wieków, a zaczęła 
się już w pierwsze Zielone Swięta. Przeczytajmy uważnie 
Dzieje Apostolskie, a dowiemy się, jak Duch Swięty 
przechodził wówczas "przekonując świat o grzechu, 
o sprawiedliwości i o sądzie" (J 16, 6). I taki stan rzeczy 
trwa aż do odziś. Największym cudem, na jaki świat 
patrzy, Ił który winien go doprowadzić do wiary, jest 
Kościół jako wielopostaciowy cud moralny, zwłaszcza 
w _ blasku jego świętych, których miłość heroiczna jest 
najoczywistsym znakiem obecności Bożej (J 13, 35; 17, 
21). Nadal zdarzają 'się też cuda fizyczne, głównie w san- 
ktuariach maryjnych, bo na te "czasy ostateczne" Bóg 
chciał widocznie pokaząć, że Matka Jego Jednorodzonego 
Syna jest nłwnież i naszą Matką, "Matką łaski" - jak 
głosi Sobór Watykański II (KK 61.62). 


Ks. JAN SDS 


LIST Z BUDABESZTU 


Podczas tegorocznych wakacji przebywałe,m z rodziną 
przez pięć dni w Budapeszcie. Była to wycieczka zorganizo- 
wana dla mnie w nagrodę za dobre świadectwa (szkolne 
i z katechizacji) z klasy drugiej. Udaliśmy się w tę podróż 
8 sierpnia 1987 r. pociągiem pośpiesznym "Cracovia". 
W następnym dniu rano dotarliśmy do Budapesztu. Po 
dokonaniu formalności dewizowych, udaliśmy się do hotelu 
a stamtąd dalej do miejsca zakwaterowania przy Eperutca 
73. Zajechaliśmy tam na godzinę 14.00. Budynek położony 
w pięknej oko.licy, z widokifim na stojący w niedalekiej 
odległości maszt stacji nadawczej telewizji. Sympatyczni 
gospodarze wskazali nam pokój, w którym mieliśmy za- 
mieszkać, przedstawili mi swoją piękną, dużą sukę Lizę 
i poinformowali nas gdzie znajduje się kościół. Był to 
bowiem dzień świąteczny, a n,am w ciągu podróży towa- 
rzyszyła troska o to, aby nie opuścić Mszy świętej. Po 
wstępnych rozmowach z gospodarzami, zmęczeni całonocną 
podróżą i kilkugodzinnymi zmaganiami związanymi 
z zakwaterowaniem. udaliśmy się na spoczynek. Po trzech 
godzinach wypoczęci wyruszyliśmy w kierunku wskaz.anym 
przez gospodarzy. Kościół przy Hegjalja-utca 139 jest 
dziełem nowoczesnej architektury. Wkomponowany u ogól- 
ną zabudowę nie wyróżnia się niczym. Nie posiada sirzeli- 
stej wieży jak inne kościoły. A by znaleźć ten kościół, 
trzeba po prostu wiedzieć, że on tam jest. Jedynie duży, 
stanowiący element frontowej elewacji krzyż, świadczy 
o tym, że ten budynek jest świątynią. Otworzyliśmy drzwi 
prowadzące do przedsionka. Znajdował się w nim kapłan 
o twarzy wyrażającej samą dobroć. Gdy wchodziliśmy 
pozdrowił nas; zanim my według powinności zdążyliśmy to 
uczynić. Poczuliśmy się trochę speszeni tym, że trudy 
podróży osłabiły nasz refleks. Weszliśmy do wewnątrz 
i zajęliśmy miejsca. Wnętrze kościoła ma kształt półkola 
z ołtarzem pośrodk/J. Trwała tam modlitwa zgromadzo- 
nych wiernych i domyśliliśmy się, że odmawiano cząstkę 
różańca. Pozdrowienie Anielskie w języku, w k
órYm Polak 
podobno "nie pogada" ma piękne brzmienie. Myślę czasem, 


że Najświętszej Marii Pannie też się' to podoba i pewnie 
obdarza swoimi łaskami ten naród. Węgrzy w modlitwę 
wkładają' dużo uczucia. Może właśnie dlatego to jedyne 
poza granicami kraju nabożeństwo, w którym uczestni- 
czyłam, tak bardzo utkwiło mi w pamięci. O godzinie 
18.00 rozpoczęła się Msza święta. Odprawiał ją ten sam 
kapłan, który witał wiernych w przedsionku. Funkcję mini- 
strantów pełniły trzy dorastające dziewczyny, ubrane 
w długie, szerokie, czawone spódnice i komeżki z białego, 
gładkiego płótna ze stójką przy szyi. Uczesane były gładko, 
z przedziałkiem pośrodku głowy. One odczytywały liturgię 
słowa. Wszystko po kolei odbywało się tak samo jak w na- 
szych k.ościołach. Tylko nieco inacżej podawana jest Komu- 
nia święta. Gdy nadeszła ta chwila, wierni ustawili się- 
w dwóch kolejkach. Ja stanęłam w jednej z nich. Ksiądz po- 
dawał Komunię, a wierni' przyjmowali ją stojąc.' Zauwa- 
żyliśmy, że trzy lub cztery osoby otrzymały Komunię 
świętą do ręki, schowały Ją i odeszły od ołtarza. Było to 
dla nas zaskakujące. Snujemy różne domysły co może 
być przyczyną takiego odstępstwa od generalnej zasady 
udzielania Komunii świętej. Z tacą po kościele chodziła 
osoba spośród wiernych uczestniczących w nabożeństwie. . 
Po Mszy świętej wracaliśmy w milczeniu spacerkiem do 
"domu". Pierwsza przemówiła ciocia Zosia, wyraża- 
jąc swój zachwyt nad odbytym nabożeństwem. Ja ucie- 
szyłam się bardzo, że nawet w sytuacji wakacyjnej wy- 
glądającej 'pozornie na trudną, nie opuściłam w niedzielę 
Mszy świętej. Wiem teraz, że w dalekiej podróży można 
nie tylko nie opuścić Msz,y świętej, ale doznać jednocześnie 
niezapomnianych wrażeń. Można poczynić ciekawe obser- 
wacje. 
Gdyby ktoś z Redakcji zechciał kiedyś zobaczyć ten 
kościół, to z centrum Budapesztu można dojechać auto- 
busem nr 8 z przystanku początkowego przy moście 
Elżbiety. Serdecznie zachęcam. 


Rena ta L. z Tarnobrzegu 


11
		

/p0012.djvu

			\ 


Teofil: - Do niedawna byłeś ciężko chory. Paraliż spra- 
wił, że nie mogłeś ruszyć ani ręką, ani nogą. Dzisiaj cho- 
dzisz jakby nigdy nic, jakbyś był atletą. Stało się tak, 
gdyż na tobie Bóg ukazał swoj ą moc. . 
Jakub: - O tak, biegam jak młody jeleń albo młoda 
gazela. Nawet nie wiesz, Czcigodny, ile jest radości w no- 
gach, w palcach, w stawach, w mięśniach a nawet we wło- 
sach. We włosach też jest radość. Kiedy biegnę i wiatr mi je 
rozwiewa, czuję jak włosy tańczą, jak podskakqją z radości. 



 
'=-- 


'-- . ' 



 


""O 


- 
-ł-- 



 
- 


Nie teś nigdy sparaliżowany, więc nie Wl sz, jaka to 
wielka radość wyci"ągnąć rękę po zwisającą z gałęzi figę. 
Nie wiesz, He jest radości w tym, że człowiek tę figę zrywa, 
przybliża do ust, że czuje w palcach jak jest ona delikatna, 
pełna soku i małych pestek. To wszystko zostało mi po- 
darowane. Zostało mi podarowane po raz drugi. Przed 
chorobą przeciei też mogłem się był cieszyć tym wszystkim. 
Mogłem, ale się nie cieszyłem. Co innego było mi w głowie 
niż cieszyć się takimi próstymi sprawami jak chodzenie, 
skakanie, jedzenie, prostowanie i zginanie nóg. Przed cho. 
_ robą nie umiałem się cieszyć niczym innym, jak tylko 
tym, co udało mi się zdobyć. Jak już coś zdobylem, wyko- 
rzystywałem to i następnie porzucałem, odpychałem, 
niszczyłem. Widzisz, Czcigodny, do czasu choroby znałem 
tylko złą radość. Kradłem, napadałem na ludzi, uwodziłem 
kobiety, kłamywałem. Kiedy byłem najpodlejszym z ludzi, 
wtedy przyszła choroba, paraliż. Byłem wściekły. Przecież 
ta choroba zabrała mi moje szczęście, nie mogłem przecież 
ruszyć się z miejsca, aby żyć tak jak żyłem. Na sparaliżowa- 
nych nogach przec'ież nie uda się skradać do cudzej komory 
a 
paraliżowane ręce nie potrafią sięgnąć do cudzej kiesze- 
ni. Dzisiaj moją chorobę widzę inaczej. To Bóg ją zesłał, 
żebym dalej nie 'Szalał jak słoń w sklepie z drogimi na- 


12 


ł 


czyniami z Gr.ecji. 
Teofil: - A skąd ci przyszedł pomysł, aby pr9sić Jezusa 
z Nl;lzaretu o pomoc, o uzdrowienie? 
Jakub: - To nie był mój pomysł. Taki pomysł nie zrodził 
się w mojej głowie. To moi przyjaciele, którzy wiele słyszeli 
o Jezusie, postanowili mnie do niego zanieść. Ja zbytniej 
ochoty nawet i mi to nie miałem. Jak ci już mówiłem, 
byłem wściekły na wszystkich i na wszystko, również na 
Boga, za taki podły los jaki mnie spotkał. 


',- . 


l (.v;' 


.....-- 
- 


Kiedy moi przyjacl ł , to znaczy naprawdę przyjaciele 
(a ja w swoim nieszczęściu i głupocie nimi gardziłem) 
taszczyli mnie na noszach i przytaszczyli do domu gdzie 
przebywał Jezus, okazało się, że pewnie nic z tego nie 
wyjdzie, bo wokół domu było tyle ludzi i tak wielki ścisk, 
że nawet mysz by się nie wcisnęła w tę gęstwę. Oni jednak 
nie dali za wygraną i wciągnęli mnie jakoś na dach a potem 
przez dziurę zrobioną w tym dachu i powale spuścili mnie 
prosto przed Jezusa. p,rzy całej swojej biedzie i wszystkich 
przekleństwach na ży'pie, strachunajadłem się co niemiara. 
Kiedy tak wylądowałem przed Je
usem jak przepiórka 
na pustyni i popatrzyłem na Jezusa, a on na mnie, za- 
uważyłem, że wcale go to nie zdziwiło. Patrzył na mnie 
tak, jakby się mnie spodziewał. Mało tego - patrzy.ł 
na mnie tak, jakby na mnie długo czekał. Kiedy popa- 
trzyłem w górę, moi przyjaciele jak aniołowie zaglądali 
przez dziurę w powale i śmiali się radośnie jak na weselu. 
.!?omyślałem sobie o nich niedobrze, czego chichoczą, co 
tu niby wesołego? Dopiero potem zrozumiałem, skąd była 
w nich ta radość. Oni przecież mocno wierzyli Jezusowi 
i dlatego byli pewni, że ż tego mojego spotkania z Jezusem 
będzie wielkie i piękne dobro, i jak widzisz, Czcigodny 
Teofilu, jest, jest!
		

/p0013.djvu

			Teofil: - Tak widzę, widzę, że bardzo cieszysz się z od- 
zyskanego zdrowia. 
Jakub: - Nie, Teofilu, nie, to niezupełnie tak. To z czego 
się cieszę, jest niewidzialne, jest we mnie. Dzisiaj cieszę 
się najpierw z tego, że przyszła choroba i Bóg przeszkodził 
mi w ten sposób w pomnażaniu zła, przeszkodził mi w dal- 
szym krzywdzeniu ludzi. Ta choroba była wielkim dobrem 
jakie Bóg mi wyświadczył zamYkając' mnie w chorobie 
jak w więzieniu, jak w szpitalu. Przecież nie na odsiadywa- 
nie kary mnie skazał Bóg, ale na wyleczenie z choroby 
grzechu. 


Następnie raduję się z tego, że Jezus pokazał mi, jak 
mocny jest Bóg. Mocny nie tylko dlatego, że potrafi po- 
sklejać rozdygotanego jak zsiadłe mleko paralityka, ale 
silny i mocny jest Bóg przez to, że potrafi popatrzeć na 
człowieka tak, jak popatrzył na mnie Jezus z Nazaretu. 
Rozumiesz, Teofilu, Bóg jest mocny przez to, że choć my 
ludzie gardzimy Nim, On nami nie gardzi, ale mówi nam 
tak jak mnie powiedział: moje dziecko, odwagi, odwiązuję 
cię od twego zła, od zła które uczyniłeś, odwiązuję cię 
po to, abyś już więcej nie grzeszył, abyś już nie błądził, 
nie czynił zła. 
Nawet gdyby mnie Jezus nie uzdrowił, ale pomógł 
jedynie zrozumieć zło grzeszenia i dobroć Boga, byłbym 
dzisiaj równie szczęśliwy. 
Teofil: - Co zatem jest największym ludzkim nieszczę- 
ściem? Co najbardziej człowieka niszczy? 



 
"""----,:- 
lU- 


"-- . 

 
.L(. 


--- 
...... 


Skoro Bóg dał taką moc człowiekowi, to może trzeba 
zaryzykować i przypatrzyć się temu człowiekowi, po- 
słuchać, zastanowić się. Pomyśleć, czy ten człowiek nie 
ma racji w tym co mówi. 
Teofil: - Niektórzy z naszych uczonych, a nawet wielu 
z nich, ma za złe Jezusowi odpuszczanie grzechów. Mówi,!!, 
że Jezus przez to bluźni, że występuje przeciwko Bogu, 
że chce siebie uczynić Bogiem. Z każdym dniem wzrasta 
liczba wrogów Jezusa. Ci wrogowie Jezusa rekrutują się, 
najbardziej zajadli wrogowie, pochodzą' z grona uczo- 
nych. 
Jakub: - Myślę, że nie można tak dzielić ludzi. Jezusa 
kochają lub nienawidzą ludzie różni, bogaci i biedni, uczeni 
i nieuczeni. Myślę, że sprawa dzieje się gdzie indziej. 
Jezusa pokocha a przez to i zrozumie ten, kto jest gotów 
na siebie samego popatrzeć i od tej złej strony. Kto nie 
ma odwagi sobie samemu powiedzieć: tak, robię złe czyny, 
myślę złe myśli, mówię złe słowa - ten kto ciągle ..się 
usprawiedliwia i zgania winę na innych, ten człowiek 
tak żyjąc, nigdy Jezusa nie pokocha. Nie pokocha dotąd, 
dopóki nie powie sobie: tak, jestem winien mojego złego 
myślenia i postępowania. To nie sąsiad jest winien tej 
wczorajszej awantury. Nie on jest winien, choć to on nazwał 
mnie chytrym 'lisem. To on mnie zaczepił i rozpocz'ął 
kłótnię. Moja wina jest jednak większa, bo nic nie zrobiłem, 
aby sąsiada uspokoić. Przecież wiedziałem, wiem, że, jest 
on bardzo narwany i nie można każdego jego słowa brać 
za dobrą monetę. 


-- 

 



 
- 


Ja uL: - Największym ludzkim nieszcz
ś 'e'm jest to, 
że człowiek nie chce wierzyć nikomu i niczemu, nawet 
własnym oczom. Nieszczęściem człowieka jest to, że nie 
chce wierzyć innym ludziom, słońcu, wodzie, deszczowi, 
ogniowi, nie chce wierzyć, że to wszystko jest, i jest dobre, 
i jest po to, aby on, człowiek był dobry. Ludzie uczeni po- 
wiedzieliby, że człowiek nie chce wierzyć prawdzie takiej, 
jaka ona jest, a na gwałt wymyśla sobie różne prawdewki- 
-fałszywki. Zobacz: niektórzy z naszych nauczycieli wiary 
bardzo się oburzyli na Jezusa za to, że on powiedział do 
mnie - odpuszczają ci się twoje grzechy. Zaczęli pomruki- 
wać i pofukiwać ze złości, zresztą jak zwykle na wszystko, 
<'(> nie mieści się w ich głowach. Oni przyjmują :za prawdę 
jedynie to, co się im wydaje, że jest możliwe. Tymczasem 
Jezus chce nam pokazać, że trzeba inaczej, że to jest, 
naprawdę jest prawdziwe o czym on mówi, że jest! Jak 
coś jest złe, to jest złe i ni
 na to nie poradzisz. Popatrz, 
lis jest lisem i koniec kropka. Nic tu nie pomoże wmawianie 
sobie, że lis" to może jest krowa tyle tylko, że bez rogów. 
Nawet kiedy zobaczyli, że ja paralityk, zrywam się na 
równe nogi i podskakuję jak nieprzytomny, nawet ten 
cud nic im nie pomógł. Dalej wierzyli po swojemu, wbrew 
temu, co widzą. 


Teofil: - Tak 
kubie, Jezus "odpuszcza grz
" 
Zł:!Z 
to, że odwiązuje nasz rozum od ciągłego myślenia o nas 
samych. Jezus przemienia nasz sposób myślenia o innych 
ludziach. Uczy nas Jezus i namawia nas, abyśmy w inny-cb 
lp.dziach szukali tego, co dobre. 
Jakub: - Mówiono mi, że pierwszy wielki znak-cud Jezus 
uczynił na weselu w Kanie Galilejskiej. Przemienił tam 
wodę w wino. Z, odpuszczaniem grzechów jest podobnie. 
Jezus chce przemienić nasz umysł, nasz rozum, chce tak 
przemienić, żeby nasz rozum też umiał wymyślać dobr.e 
i piękne myśli, by podpowiadał sercu, co warte jest po- 
kochania. ,/ 
Przez chorobę i przez uzdrowienie Jezus dał mi poznać 
prawdziwą radość. Zrozumiałem nareszcie, że szczęście 
polega na czynieniu dobra, na wymyślaniu dobrych myśli, 
na wypowiadaniu dobrych słów i na szukaniu w tym 
w czym inni nie widzą niczego dobrego, właśnie dobra. 
W Kanie Jezus uratował radość młodej pary a mnie 
Jezus nauczył radości z chodzenia do innych, aby z nimi 
być po dobremu. .. 


Ks. W ACLA W OSZAJCA SJ 


13
		

/p0014.djvu

			Z1EMł
t Kt:ORA nAWIEDZA BOG 


Targowisko w Hebronie przepełnione jest różnobarwnym 
tłumem przekupniów i kupujących. Ludzie z okolicznych 
wiosek ściągnęli tu, by sprzedać swoje wyroby, kupić 
jakieś przedmioty, nierzadko pochodzenia zagranicznego. 
Tandeta miesza się tu z luksusem, jak na wielu bazarach. 
Ludność przeważnie arabska słynie w Hebronie z wyrobów 
bukłaków skórzanych, przedmiotów z terakoty, bransolet. 
Przedmioty zbytku stoją tu obok niezbędnych narzędzi 
gospodarczych, a guma do żucia obok jajek i sera. Wiele 
tu zwierząt, być może niektóre na sprzedaż. Osioł obciążony 
niemiłosiernie całym dobytkiem kramarza przeciągle 
zawodzi. Niemiły zapach nawozu. Ciemnookie twarze spo- 
glądają spod arabskich zawojów. Nas, przybyłych ze skutej 
zimą Polski, przyciągają barwy i zapach owoców wyłożo- 
nych wprost na ziemię w dużych pryzmach. Ponieważ 
'luty jest czasem zbioru cytrusów przeważają więc poma- 
rańcze i cytryny. Są też bananYi przywiezione z pewnością 
z pobliskich kibuców. Zydowski handlarz owocami sprzeda- 
je pomarańcze-wprost z bagażówki. Założył na ramę budy 
okrywającej smakowite wnętrze uchylną wagę i dokłada 
z nawiązką po owocu. Widocznie obrodziło w sadach kibu- 
cu, czyli rozległego gospodarstwa rolnego, którego sa- 
mochód i owoce są własnością. Na drzwiach bagażówki 
malunek wykonany według szablonu przedstawia dwu 
ludzi niosących na ramionach wielką gałąź uginającą 
się pod ciężarem potężnej kiści winogron. Szukam w pamię- 
ci źródła tego szablonu, bo malunek wydaje mi się znajomy. 
Tak, to Księga Liczb, jedna z pięciu Ksiąg Mojżesza. 
Bardzo tu blisko miejsca wydarzenia, które ta księga 
opisuje. Bo właśnie w okolice Hebronu, na żyzne pola 
doliny Eszkol dotarli wysłannicy Mojżesza, by przekonać 
się o bogactwie ziemi, którą Jahwe obiecał Izraelowi. 
Mojżesz roztropnie zatrzymał się wówczas w odległym 
od Hebronu zakątku pustyni Para n i przez czterdzieści 
dni czekał na wieści, które miały nadejść od dwunastu 
wysłanników penetrujących ziemię Kanaanu. Zobaczcie 
 
powiedział Mojżesz dwunastu wysłannikom - jaka jest 
ta ziemia: urodzajna czy nie, zalesiona, czy bez drzew? 
Bądźcie odważni i przynieście coś z owoców tej ziemi. 
A że był właśnie czas zbioru winogron, wysłannicy - 


"- 
nie namyślając się wiele - przynieśli cały krzak winny. 
Przynieśli także nieco jabłek granatu, nieco fig, i oznajmili 
Mojżeszowi: jest to ziemia opływająca w mleko i miód. 
Choć południowy kraniec ziem Kanaanu zieleni się runem 
okolic Beer-Szeby, daleko jednak polom Hebronu do zielo- 
nych niw Galilei, pól doliny Ezdrelon, obficie nawadnianej 
szachownicy wielorakich upraw. Choć Mojżesz nie wszedł 
do Ziemi Obiecanej, to jednak spoglądając na nią z wyso- 
kości góry Nebo ogarniał swym wzrokiem całe jej piękno, 
aż po północne kresy. zwieńczone białym masywem Her- 
monu. Od miasta Dan do Beer-Szeby rozciągała się ta 
ziemia, obiecana Izraelowi. Zaprawdę, powiedział Mojżesz, 
ziemia to piękna, ziemia obfitująca w potoki, źródła i stru- 
mienie. Ziemia pszenicy, jęczmienia, winnic, fig i granatów, 
ziemia oliwy i miodu. Tak więc Izrael wszedł w posiadanie 
tej ziemi. Z pasterskiej wspólnoty wędrującej jak Abraham 
od kraju do kraju, z urodzajnych lecz niewolniczą pracą 
uprawianych pól egipskiej ziemi Goszen dotarł do Ziemi 
Obiecanej, którą zdobył na własność. Tę ziemię będzie 
uprawiał i czynił ją sobie poddaną pamiętając o Bogu, 
który mu ją ofiarował. 
Zie}llia izraelska jest bardzo urodzajnym zakątkiem. 
Trzeba jednak włożyć w nią wiele pracy. Dzisiaj, kiedy 
zwiedza się Izrael widać na rozległych, niegdyś pustynnych 
obszarach gaje palm daktylowych, ciągnące się hektarami 
uprawy pod folią, przez GO przyspiesza się wegetację. 
Na polach stoją potężne zbiorniki. Z nich płynie' woda 
nawadniająca uprawy. O wodę w tych stronach trzeba 
dbać szczególnie. Bez niej zamiera tu życie, choć ziemia 
jest urodzajna. Bismo Swięte, kiedy mówi o stworzeniu 
człowieka powiada, ż'e Bóg po to go stworzył, by kopał 
rów, którym popłynie woda. To naj starsza wzmianka o po- 
wołaniu człowieka do uprawy ziemi i troski o jej urodzaj. 
Oczywiście, w czasach biblijnych nie stosowano jak dzisiaj 
upraw pod folią. Nie zbierano w ten sposób wielokrotnych 
plonów. Mimo to ziemia - jak mówi Pan Jezus w przyjm- 
wieściach o siewcy - wydawała nawet plon stokrotny 
z każdego zasianego ziarna. Wystarczyło ją obsiać i na- 
wodnić. Z tych odległych czasów zachowały się do dzisiaj 
studnie, sadzawki, w których gromadzono wodę, zwłaszcza 


'\ ". I 

 
\ ( 
 'ł
'.
 
 
l
.:. J ,," 
\ \ 
i ...:; J; 
:, 
 J/I.\ )fj l 
.' 
I' 
1'- , €,J 
\ . 
lf! "- ..... 
I "- 
P "' '\ f 1 I I 
") 
ł 
\ , ,", 'j \ 

..-i'


 ... \ , 
, , , , , 
'I "" r 
" :'" .. 

 J II" '..ł, ...- .ł' " 
. oc 
J " 


14
		

/p0015.djvu

			na czas sus:o;y. Opodal Jerozolimy znajdują się wielkie 
baseny, które na pewno nie służyły do kąpieli. Tradycja 
przypisała je roztropności Salomona., który nie prowadził 
wojen, za to wiele budował. Owe baseny dostarczały wodę 
do Jerozolimy. Z pustynnego źródła oazy Ain Wadim, 
położonej w sercu Pustyni Judzkiej bierze swój początek 
do dzisiaj czynny dukt wodny. Zbudowany przez Heroda, 
dostarcza dziś jeszcze wody płynącej wartkim strumien
em 
do odległego Jerycha. Niektóre z tych urządzeń były 
stwarzane dla wygody i luksusu panujących. Prawdziwych 
urządzeń rolniczych zachowało się niewiele. Wymagały 
one stałej troski. Niszczyły je wojny. A gdzie zabrakło 
człowieka, tam zamierała i ziemia - z kwitnących ogrodów 
stając się na powrót pustynią. 
Ewangelie pełne są opisów troski człowieka o ziemię, 
którą Bóg dał człowiekowi, by ją uprawiał. Jezus przeby- 
wał pośród ludzi żyjących z tego co im ziemia urodziła. 
Porę zasiewów wyznaczały zawsze deszcze. :MIesiące 
październik i listopad - to pora deszczu wczesnego, zaś 
od lutego do kwietnia padają deszcze późne, szczególnie 
obfite. Nawet pustynia, zwykle podobna do sierści wiel- 
błądziej, VI" porze deszczów porasta trawą i staje się pas- 
twiskiem. W tym czasie jest najlepsza wegetacja roślin. 
W porze deszczu wczesnego wychodzi siewca, by obsiewać 
ziemię. Dzisiaj wyjeżdżają na pola siewniki, lecz w czasach 
biblijnych siewca brał ziarno w przewieszoną przez ramię 
"kieszeń" z tkaniny. Z niej czerpał ziarno i szerokim, 
hojnym gestem rozrzucał po polu. Jeśli padło na ziemię 
żyzną - przynosiło plon stokrotny. Szerokie łany zboża, 
pszenicy sycącej człowieka białym pieczywem, jęczmienia 
z którego sporządzano podpłomyki sąsiadywały z win- 
nicami. Winnice i kłoszące się zbożem pola były i są 
szczególnym -błogosławieństwem tej ziemi. Chleb i wino; 
owoc ziemi oraz pracy rąk ludzkich, ale i dar Boży, za 
który trzeba dziękować. Psalmista umiał dziękować Bogu 
za urodzaj i dostatek, który chronił od głodu. "Każesz 
rosnąć trawie dla bydła - szeptał w uniesieniu - i ro- 
ślinom by człowiekowi służyły, aby z roli dobywał chleba 
i wina, co rozwesela sei'ce ludzkie. By rozpogadzać twarz 
oliwą, by serce ludzkie chleb krzepił." Izraelita, troszcząc 
się o urodzaj, chodził wokół każdego drzewa. Spulchniał 
ziemię kiedy zsychała, dla wi.ększej płodności nawoził 
ją. Winnicę ogradzał cierniem, by dziki zwierz jej nie 
zniszczył, a kiedy nadchodziła pora żniw - nie pozwalał 
zmarnować się owocom urodzaju. W środku winnicy budo- 
wał prasę, w której tłoczono wino zlewane do glinianych 
dzbanów. Przyjął się także zwyczaj żniwny, który pozwalał 
najuboższym mieszkańcom wioski zbierać kłosy na polach 
gospodarzy.' W ten sposób szanowano każdą odrobinę 
chleba, a to co ubodzy zebrali, starczało niekiedy na 
kilka posiłków. 
Ziemi - którą Bóg stworzył jak wszystko - należy 
się ta)de odpoczynek. "Sześć dni będziesz pracował 
a w siódmym dniu odpoczniesz" - powiedział Bóg do 
człowieka. Odpoczynkiem ziemi był siódmy rok zwany 
szabatowym. Niewolnikom, którzy pracowali na roli, 
dawano wtedy szansę powrotu do swoich. Ziemia zaś - 
nie obsiewana - odpoczywała. Nie obsiewano jej co siedem 
lat i niczego nie sadzono, by przez dalsze sześć lat mogła 
rodzić na nowo. Zwyczaj ten przetrwał do dzisiaj w Izraelu, 
choć różnie bywa przestrzegany. Był to przejaw zaufania 
hraelitów w Opatrzność Bożą, którą pozwalała tak pra- 
cować, by hojnośc urodzaju dawała człowiekowi także 
radość płynącą :o; odpoczynku. Oszczędność i gospodarność 
kazała mieszkańcom Ziemi Obiecanej gr-omadzić nadmiar 
urodzaju w spichlerzach, zwanych u nas pięknie ze staro- 
polska gumnami. Do gumien złożył bogacz ewangeliczny 
nadobfity urodzaj, który przytrafił się jego polom, myśląc 
sobie: nie muszę już pracowac. "Vszelako praca, zwłaszcza 
na roli, wyznaczała rytm życia człowiekowi,- by mógł 
pracując podziwiać, dziękować, modlić się, a nawet śpiewać 
i tańczyć. Wioska izraelska zabudowana domami o płaskich 


-
 


r 



 
\ 
.\ ł- 
T",,"i' 
r"' r\\ '\ "\ 
Ś 
". 

 
'" I 

 

 

 

 

 ...- 
/ 

 

 

 

 
... 


" 


;'""\ "\ , \ 


I 


dachach, białych ścianach jaskrawo odbijających słońce, 
była miejscem radości. Ucztowano przy pieczonym koziołku 
lub jagnięciu, 'podawano owoce. Wino mieszano z wodą, 
by nie upijało, lecz gasiło pragnienie. 
Wielka to sztuka żyć w przyjaźni z ziemią. Wielką 
kulturą jest szanować jej prawa.' Ziemia - jak dobra 
matka - żywi wtedy i przyodziewa. Daje cień w porze 
upału pod gałęziami drzew, które z niej wyrastają, za- 
chwyca pięknem kwiatów, lilii polnych - e'flangelicznych 
anemonów, oleandrów i róż. Dzisiaj niewiele zostało z pięk- 
na tej ziemi, po której chodził' Pan Jezus. Cedry Libanu 
rosną przeważnie w pielęgnowanych parkach, a dęby 
dawno zostały wytrzebione. Suche doliny potoków porasta 
kolczaste drzewo terebintu nadające się na opał. Zwierzęta 
też, nie występują w tylu gatunkach jak podaje Pismo 
Sw
t
. Zniknęły lwy 
 pustyni, rzadkością są orły. Kruka _____ 
z gatunku tych który przynosił Eliaszowi chleb na dno 
potoku Kerit, można odszukać w jerozolimskim ZOO. 
Tylko tam dZisiaj są przedstawiciele wszystkich gatunków 
zwierząt, jakie wymienia Biblia. 
Długo nie było Izraelitów w ich własnym kraju. Roz- 
proszeni po całym świecie, "gdzieś zaludniali nieznane kra- 
iny". Dziś mieszka w Izraelu prawie 3,5 miliona Zydów. 
Uprawiają swoją ziemię. Wprowadzili nowe zwyczaje 
rolnicze, kultywują nowe uprawy, nieznane w Biblii. Nad- 
miar płodów sprzedają i eksportują. Czy jednak nadal 
będą pamiętać, że jest to ziemia, którą stale nawiedza 
Bóg, "na której spoczywają oczy Boga Jahwe, od początku, 
aż do końca" (Pwt 11, 11-12)? 


Ks. HENRYK PYKA 


15
		

/p0016.djvu

			aZ..IIY IWIITY 
OPOWIEŚĆ O ŚW: MARCINIE DE PORRES 


MARIAN ORLON 


Ulice Limy tonęły w słońcu. Jedną z tych ulic szedł 
brat Marcin i z cicha sobie pogwizdywał. Może to gwizda- 
nie niezupełnie pasowało do habitu, ale Marcin był w do- 
brym nastroju i właśnie miał wielką ochotę sobie pogwiz- 
dać. Więc gwizdał. Zresztą ulice były prawie puste i nie 
miał się kto tym gwizdanym koncertem gorszyć. Dobrego 
nastroju nie psuło nawet ciężkie zawiniątko, które Marcin 
dźwigał pod ręką. Wprost przeciwnie. Właśnie w nim 
należało szukać jednej z przyczyn zadowolenia. Bo czegoż 
tu nie było! Była maść dla starej Murzynki Anny, były 
buty dla czarnego chłopca z przedmieścia, były dwa pach- 
nące chleby, zwój bandaży, p-ęczek ziół i bambusowa gwiz- 
dawka dla pewnej smarkuli, która codziennie wołała za 
Marcinem "Niech będzie pochwalony..:' Każda z tych 
rzeczy to radość na czyimś obliczu, więc jakże się tu 
nie cieszyć. Tym bardziej, gdy taka ładna pogoda. 
Marcin tak był zajęty swoimi pogodnymi myślami, że 
nawet nie usłyszał, jak ktoś zawołał półgłosem jego imię. 
Dopiero gdy wołanie się powtórzyło, odwrócił się zasko- 
€zony. 
- Ojcze! - powiedział zduszonym głosem. 
- Marcin, to ty? . .. 
Patrzeli przez chwilę na siebie: Marchi w dominikań- 
skim habicie i pan de Porres, jego ojciec, w stroju hiszpań- 
skiego szlachcica. 
Ojciec zbliżył się do Marcina i położył mu rękę na 


.. 


.. 
'- ,"", 


,
 
,'1 


. 
. 
. 
.. 
t 
\ 


:.. 


.. 


.. 


"- 
/ 


16 


ramieniu. Przyglądał mu się z zaciekawieniem. Pierwszy 
raz widział syna w habicie. 
- Ojciec w Limie? - spytał Marcin, chcąc przerwać 
milczenie. , 
- Przyjechałem w służbowych sprawach i cieszę się, 
że cię spotkałem. y 
- Ja też jestem -rad wyznał Marcin. 
- Dokąd spieszysz z tymi paczkami? 
się pan de Porres. 
- Do biednych - odparł Marcin. 
- Jak to: do biednych? - spytał ze zdziwieniem ojciec. 
Marcin wyjaśnił: 
- Zwyczajnie. Odwiedzam chorych, starych, biednych 
i trochę im pomagam. 
Ojciec był zaskoczony. 
- Marcinie, czy to wypada? zawołał z oburzeniem. 
Marcin nie rozumiał, o co mu chodzi. 
- Czy to wypada - powtórzył pan de Porres - żebyś 
ty, syn królewskiego urzędnika, miał takie zajęcie? Po- 
chwaliłem twój zamiar zostania zakonnikiem, ale sp
dzie- , 
wałem, że będziesz w zakonie coś znaczył. Nie sądziłem, 
że zostaniesz chłopcem na posyłki. 
"Ojcze, jak ty nic nie rozumiesz" - pomyślał Marcin 
ze smutkiem. 
- Kto cj każe to robić? - dopytywał pan de Porres. - 
Kto ci kaie zaglądać do najnędzniejszych lepianek, zaj- 
mować się naj gorszą nędzą, narażać się na najgo!sze 
chQroby? 
- Pan Bóg - odparł Marcin, patrząc _ojcu prosto 
w oczy. 
Pan de Porres spuścił głowę. 
nie można tak rozmawiać, jak 
dopiero po chwili. 
- Jeśli chcesz, porozmawiam z przeorem, da ci odpo- 
wiedniejsze zajęcie 
 próbował Marcina przekonać. 
- Dziękuję ci, ojcze. Sam sobie takie zajęcie wybra- \ 
łem - odparł Marcin. - Właśnie dlatego przywdziałem 
habit, żeby móc to zrobić, co robię. 
- Nie rozumiemy się, chłopcze - westchnął pan de 
Porres. 
- To prawda, ojcze - powiedziałem ze smutkiem w gło- 
sie Marcin. . 
Przez chwilę milczeli. 
- No, czas się pożegnać - rzekł wreszcie pan de 
Porres i uściskał syna. 
Potem szybko, jak by się bardzo spieszył, . oddalił się 
boczną uliczką. Marcin odprowadzał go oczami. "Ucieka 
ode mnie" - pomyślał. Stał jeszcze chwilę, a potem 
ruszył wolnym krokiem przed siebie. Już nie gwizdał. 
O mało nie zapomniał o bambusowej piszczałce. Przy- 
pomniała mu jednak o niej sama smarkula. Gdy Marcin 
mijał lepiankę jej rodziców, zapiszczała za nim cieniutkim 
głosikiem: 
- Niech będzie pochwalony... 
Marcin oderwał się od gorzkich myśli. Uśmiechnął się, 
wydobył z zawiniątka gwizdawkę i dał ją małej: Dziew- 
czynka obejrzała prezent, potem podniosła na Marcina 
duże, poważne oczy i szeptem spytała: 
- Powiedz, czy to prawda, że ty jesteś święty? 
Marcin roześmiał' się szczerze jak dziecko. Mała też 
się roześmiała i zapomniała o pytaniu. W sercu Marcina 
znowu zagościła radość. 


zacieka wił 


Zrozumiał, że z Marcinem 
on to zrobił. Odezwał się
		

/p0017.djvu

			Opasły księżyc wciskał się przez małe okienko do celki 
brata furtiana. Zak6rmicy gotowali się już do snu, klasz- 
tor zalegała coraz głębsza cisza. Zwykle i brat furtian 
drzemał o tej porze nad otwartą księgą. Dziś jednak 
nie ,drzemie, tylko zatroskanymi oczami wpatruje się 
w pustą drogę, prowadzącą do klasztoru. 
- Mówiłem mu, że ściągnie nieszczęście na swoją gło- 
wę - mruczy do siebie.. - Słyszałem niejedno o bandzie 
Karlosa i wiem, że ten rabuś litości żadnej w sercu nie 
ma. RodzonegOI brata by obrabował, a cóż dopiero zakon- 
nego braciszka. Mówiłem mu o tym, radziłem dobrze, 
ale co to pomogło? Poszedł i teraz nie wraca, 
Słowa brata furtiana odnosiły się do Marcina. Marcin 
wybrał się rano do okolicznych wiosek, żeby tam zebrać 
trochę żywności, a może i pieniędzy, dla swoich biedaków 
z Limy, Odradzano mu tej wyprawy, ponieważ w okolicy 
grasowała banda rabusiów, na której 
zele stał groźny 
bandyta Karlos. Banda napadała na podróżnych, łupiła 
ich, a nieraz nawet mordowała. Marcin, nie zważając 
na przestrogi, poszedł. Poszedł i jeszcze nie wrócił, choć 
dawno już powinien być z powrotem. 
- Rozumiem - mruczy dalej brat furtian - że dla 
biednych trzeba chjeb zdobyc, ale nie można przecież 
dla nich narażać życia. Kto by się o nich z takim poświęce- 
niem troszył, gdyby Marcina zabrakło? 
Tak sobie brat furtian mruczał, wypatrując w mroku 
znajomej postaci, ale trzeba szczerze powiedzi.eć, że w duszy 
czuł dla Marcina niekłamany podziw. Podobała mu się 
odwaga tego czarnego brata. ' 
Czas szedł naprzód, głowa brata furtiana stawała się 
coraz cięższa, powieki coraz częściej opadały na oczy 
i wreszcie przed, tymi oczami pojawiły się groźne obrazy. 
Oto Marcin stoi przywiązany do drzewa, a wokół niego 
rechocze band.a rabusiów. Karlos, z długą czarną brodą, 
śmieje się najg'łośniej, błyskając białymi zębami. Marcin 
rzuca się, próbuje się uwolnić z więzów, ale powrozy nie 
puszczają. Zrozpaczony, widząc, że sam się nie uwolni, 
zaczyna wołać o ratunek, Woła właśnie jego - brata 
furtiana. Zakonnik słyszy wyraźnie swoje imię. Trzeba 
MarcinoFi pomóc, tylko jak? Co może uczynić on, stary 
furtian? Mimo tych wątpliwości, zrywa się i... się budzi. 
- A więc to tylko sen! - ucieszył się. - Dzięki 
Bogu, że to tylko sen. 
'Ale co to? Rzeczywiście ktoś woła! Tak, to przecież 
głos Marcina dolatuje zza furty! 
Furtian zerwał się, popędził do drzwi, odsunął rygle 
i 'wpatrzył się w majaczącą w mroku postać w białym 
habicie. Tak, to był Marcin. Uginał się pod ciężarem 
kosza, Furtian wpuścił go bez słowa do środka i dopiero 
gdy Marcin przekroczył próg, spytał z ulgą: 
A więc wróciłeś? 
- Jak widzisz, wróciłem - roześmiał się Marcin. 
- Spotkałeś go? - pytał dalej brat furtian przyci- 
szonym głosem. 
- Kar
osa? , 
Brat furtian przytaknął. 
- Spotkałem - odparł Marcin. 
- Człowieku, co ty mówisz! - wykrzyknął furtian. 
Spotkałeś ,Karlosa i wracasz cały, w dodatku z pełnym 
koszem? ! 
- Mówiłem, żę nie taki Karlos straszny, jak go malu- 
ją - odpowiedział Marcin. 
- Opowiedz, jak to było! - Ciekawość rozsaQ,zała 
brata furtiana. 
Marcin odłożył kosz, siadł na ławie pod ścianą i zaczął 
opowiadać: 
- Wracałem już do domu, gdy się dowiedziałem, że 
w lesie, przez który wypadała mi droga, znajduje się 
banda Karlosa. Strach mnie obleciał, co tu ukrywać. Ale 
pomyślałem sobie tak: "Karlos ma po swojej stronie kilku 
rabusiów, a ja mam po swojej samego Pana Boga. Idę!" 
I poszedłem. Ledwie wszedłem do lasu, a tu mnie cała 


zgraja obskakuje. "Dobry wieczór - powiedziałem. - 
Pozwólcie, -że sobIe wśród was trochę odpocznę, bo już 
mi sił brakuje." Spojrzeli na mnie, jak bym z księżyca 
spadli A ja, jakby nigdy nic, zwracam się do tego z nich, 
który wydawał mi się być samym' Karlosem. "A może 
byście i wy coś dla moich biedaków dołożyli? . - mówię. 
Zbój popatrzył na mnie zupełnie zbity z tropu i warknął 
groźnie: "A czy ty wiesz, kim ja jestem? "Pewnie- 
odparłem. - Jesteś Karlosem. Dużo o tobie słyszałem.' 
Powiedziałem tak na chybił trafił i zgadłem. Karlos zmie- 
szał się jeszcze bardziej. Wiercił się, jak by na węgiel- 
kach gorących siedział. "Mógłbym cię ograbić, a nawet 
zabić" - mruknął pat,rząc gdzieś w bok. "Oczywiście, 
że mógłbyś to zrobić - odparłem. - Ale tego nie zrobisz. 
Karlos patrzył na mnie spode łba i milczał. Upynęło 
kilka chwil. Ponieważ nikt się nie odzywał, wstałem i po- 
wiedziałem: "No, odpocząłem sobie trochę, a teraz muszę 
już iść, bo mnie tam pewnie moi braciszkowie wyczekują." 
Wstałem, i nie zatrzymywany przez nikogo, poszedłem 
przed siebie. Uszedłem już chyba kilometr, gdy nagle 
usłyszałem za sobą tupot czyichś nóg, Oglądam się, patrzę, 
a to jeden z tych rabusiów. Dyszy jak kowalski miech 
i mówi: "Karlos kazał ci to dać . I daje mi ten oto 
woreczek z pieniędzmi. 
Brat Marcin skończył opowiadać, a furtian o mało ze 
skóry nie wyszedł ze zdziwienia. 
- I wziąłeś od tych zbójców? - spytał wreszcie. 
- Wziąłem. To był może jedyny uczynek, jaki w życiu 
spełnili. Bóg policzy go kiedyś. 
Brat furtian zamyślił się. 
- No, idź już i powiedz, żeś wrócił. Niepokoją się 
tam o ciebie. 
Marcin wziął kosz pod rękę i znikł w długim L ciemnym 
korytarzu. 


-, 


ł 


'f! 


'J. 
\
 
l " 
lic 
\ oj 
. ,\ 
, 


17
		

/p0018.djvu

			. 
.., 



 


.. 
. 


.' '. 
'-/' 


.. .,.. 


KŁomSTWO 


W klasie czwartej kończyła się lekcja matematyki. 
Wreszcie zadźwięczał dzwonek. Marysia odetchnęła z ulgą, 
gdyż w przeciwieństwie do swojego brata nie lubiła łamać 
głowy nad matematycznymi zawiłościami. Wstała szybko 
z ławki i pobiegła w 
ierunku sali gimnastycznej. 
Była pierwsza. Zajęła sobie dobre miejsce w korytarzu, 
gdzie zamierzała wraz z koleżankami spędzić całą dużą 
przerwę. Zajrzała do swojego plecaka, aby wyjąć śniadanie 
i z przerażeniem dostrzegła, że nie zabrała ze sobą kostiu- 
mu do ćwiczeń. 
Zdenerwowała się nie na żarty, gdyż pani powiedziała, 
że za każde takie gapiostwo będzie stawiać dwójki, aż 
wszyscy wytrenują sobie pamięć. Przymknęła oczy, zmar- 
szczyła czoło i zaczęła intensywnie myśleć, co zrobić 
w takiej sytuacji. 
- Już wiem! - wykrzyknęła sama do siebie i popędziła 
z powrotem zderzając się z nadbiegającą Ewą i Asią. 
- Dokąd tak lecisz? - spytały dziewczynki. 
- Muszę się uratować przed lufą. Zapomniałam ko-- 
stiumu. 
Przecież do domu już nie zdążysz: 
Coś wymyślę. / 
Ale co? W czwartek trzy osoby dostały dwóje. 
Spokojna głowa. 
Marysia zniknęła w tłumie dzieci. Zatrzymała się blisko 
pokoju nauczycielskiego i zaczęła niecierpliwie rozglądać 
się dokoła. 
- Czy nie widziałaś pani Mroczkowskiej? - zapytała 
jakiejś dziewczynki, która też najwyraźniej na kogoś 
czekała. 
Nie. Nie wchodziła jeszcze do pokoju. 
- No to jest szansa - powiedziała do siebie Marysia. 
W pewnej chwili dostrzegła granatowy dres pani od 
wychowania fizycznego. Podeszła do niej, dygnęła i po- 
wiedziała naj milszym głosem, na jaki mogła się zdobyć: 
- Proszę pani, zdarzyło mi się nieszczęście. Mieszkamy 
z bratem w jednym pokoju. Mamy na drzwiach przycze- 
pione nasze plany lekcji. Dzisiaj rano zamiast na swój 
plan, spojrzałam na jego i zapomniałam kostiumu. Bardzo 
przepraszam. Nigdy się to nie powtórzy. 
Nauczycielka spojrzała na spuszczoną głowę zmartwio- 
nej dziewczynki. 
- Dobrze. Tym razem ci daruję, ale od razu po powrocie 
ze szkoły zdejmij swój plan lekcji i powieś w innym miejscu, 
żeby nie zdarzały ci się już takie pomyłki. 
Marysia podziękowała, jeszcze raz przeprosiła i zado- 
wolona z siebie odeszła do 'swoich koleżanek. W połowie 
drogi uświadomiła sobie, że musi uprzedzić Wojtka. Pani 
zna go z młodszych klas i mogłaby na przykład porozma- 
wiać ,z nim dzisiaj, co byłoby dla dziewczynki bardzo 
niebezpieczne. 
Pobiegła więc na pierwsze piętro w poszukiwaniu szóstej 
"A". Znalazła brata w grupce kolegów. Odciągnęła go 
na chwilę na bok i powiedziała szeptem: 
- Nie wygadaj się czasem przed gimnastyczką, że 
każde z nas ma osobny pokój. 


18 


ZOFIA JASNOTA 



 


. 


. 


Z CZWARTE.J a 


Dlaczego? Co ci nagle przyszło do głowy? 
Zapomniałam kostiumu, więc powiedziałam pani, 
że mieszkamy w jednym pokoju i przez pomyłkę spojrzałam 
na twój plan. Nie dostanę dwójki. 
Jak mogłaś tak zrobić? 
A co to takiego? 
Przecief skłamałaś. 
E tam, to drobiazg. 
Dziewczynka zostawiła zagniewanego Wojtka i poszła 
beztrosko do sali. Wszystkie dzieci były już przygotowane 
do lekcji. Tomek z Andrzejem robili przysiady, bo założyli 
się, który z nich wykona ich więcej. 
- I co? - zapytała niecierpliwie Ewa. 
-. Wszystko w porządku - odpowiedziała Marysia 
z dumą. 
- Jak to zrobiłaś? - dopytywała się Asia. 
- Przeprosiłam panią. Powiedzi'ałam, że więcej się to 
nie powtórzy - mówiła dziewczynka nie wspominając 
ani słowa o swoim wybiegu z planem lekcji. 
Ale ci się udało., 
Ktoś już kiedyś tak się tłumaczył i nic mu nie wyszło. 
M
łaś szczęście. 
Pewnie pani miała dobry humor. 
Na lekcji było przyjemnie i wesoło. Marysia zdjęła 
fartuszek i ćwiczyła razem z dziećmi, choć przeszkadzała 
jej trochę za ciasna spódniczka. Szybko za'pomniała 
o swojej przygodzie. I 
- Spotykamy się za kwadrans przy trzepaku - za 
proponowała Ewa, gdy wszystkie trzy wchodziły na klatkę 
schodową. 
- Ja nie mogę. Muszę zająć się Jolcią - powiedziała 
Asia. 
Czy ty zawsze bęaziesz siedzieć z tym dzieciakiem? 
Muszę pomóc mamusi. Wiecie przecież, że w wakacje 
będę miała nową siostrzyczkę lub braciszka. 
Wymyśl coś. Powiedz, że będziemy uczyć się razem. 
Zobacz, jaka wspaniała pogoda. Pobiegniemy na działki. 
Przecież tak nie można. 
Nic się nie stanie, jak raz się urwiesz z domu. 
Nie mogę. 
Jak chcesz. My się spotykamy. 
Dziewczynki kolejno wysiadały z windy i szły do swoich 
mieszkań. Marysia rzuciła plecak z książkami do pokoju. 
Chwilę pobawiła się z psem udając, że nie rozumie jego 
proszącej miny i popiskiwania. 
- Zaraz przyjdzie Wojtek, to z nim pójdziesz na spacer 
- powiedziała w końcu. 
Przyszykowała sobie dwie kromki chleba z dżemem. 
Napiła się kompotu i pobiegła na spotkanie. Ewa była 
już na dole. Przyjaciółki stwierdziły, że na Asię nie ma 
co czekać. 
- Idziemy na działki - zaproponowała Marysia. 
- Mamusia nie pozwala mi chodzić samej tak daleko - 
zaniepokoiła się Ewa. 
Nie musisz się przyznawać. 
A jak mnie w domu zapytają? 
Powiesz, że byłyśmy ńa boisku szkolnym. 
Przecież to kłamstwo. 
No to wymyślisz co innego.
		

/p0019.djvu

			')., 


,f 


1IIWi' 


;
 


, ' 


.ł 


""""': 
.',...,M:!!; . 
- 
'1.- -... 


....... 


"'" 


....,.:! 


"'" 


" 


I 


<. 
'ł 
., 




 
t 
 
 r:." &, 


ł' 
';\' 



 
,. 
f -
'- 


...,..
.- 


Dziewczynki pobiegły przed siebie. Przeszły przez bardzo 
ruchliwą ulicę, którą bez przerwy pędziły auta i znalazły 
się pomiędzy ogródkami działkowymi. W dali dymiła 
elektrociepłownia przesłaniając słońce szarym pióropu- 
szem. 
Weszły przez uchyloną furtkę i chodziły po terenie 
wybierając domek, w którym chciałyby zamieszkać. Za 
ogródkami była łąka i jeziorko. Przyjaciółki postanowiły 
dotrzeć do samego brzegu, bo nigdy tam nie były, ale 
wystraszyli je jacyś mężczyźni stojący w krzakach. Uciekły 
przerażone i zatrzymały się dopiero na ulicy. 
- Lepiej było tam nie chodzić - wyszeptała Ewa 
oglądając się za siebie. 
- Nie musimy się przyznawać - nadrabiała miną 
Marysia, ale też z niepokojem zerkała pa ścieżkę. 
- Wracajmy do domu. Lepiej jest na podwórku. 
- Mamusia mówiła kiedyś, że nad tym jeziorkiem dZieją 
się niedobre rzeczy. 
- To dlacz
go tam poszłyśmy? 
- Byłam bardzo ciekawa jak tam jest. 
Zanim dziewczynki doszły do bloków, zdążyły już zapo- 
mnieć, że się bały i rozmawiały o filmie, który ostatnio 
oglądały w telewizji. Sprzeczały się o to, czy bohater 
miał rację przyznając się do winy. Marysia twierdziła, 
że nie, gdyż tego, co zrobił nikt nie widział. 
Weszła do domu podśpiewując. Była zadowolona, gdyż 
na następny dzień miała bardzo mało lekcji do odrobienia, 
a pojutrze była wolna sobota. Chciała szybko rozwiązać 
zadania, a potem pobawić się lalką, dla której dostała 
nieda,wno cały zestaw nowych ubranek. 
- Dzień dobry, mamuśku - powiedziała obejmując 
mamę mocno za szyję. 
Jak upłynął ci dzień? - zapytała mamusia. 
Wszystko było bardzo dobrze. 
Nie mieliście żadnej klasówki? 
Na szczęście nie. Chyba wszystkie klasówki mamy 
już poza sobą. Teraz jeszcze poprawiają się słabsi ucz- 
niowie. 
- Koniec roku już niedługo. Jak szybko on przeszedł. I 
Mamusia kończyła smażyć kotlety. Ziemniaki bulgotały 
na małym gazie. Na talerzu zieleniła się przyprawiona 
smakowicie sałata. Za chwilę domownicy zebrali się przy 
stole. Nie było jeszcze tatusia, który wciąż brał jakieś 
dodatkowe prace. Zmówili modlitwę i zaczęli jeść obiad. 
Marysia: opowiadała o recytacjach, które ich klasa przy- 
gotowuje na zakończenie roku. Wojtek nie odzywał się 
wcale i miał bardzo poważną minę. Mamusia patrzyła 
na niego z niepokojem. 
Czy masz jakieś zmartwienie? - spytała w końcu. 
Tak - odpowiedział cicho chłopiec. 
Czy dostałeś zły stopień? 
Nie, w szkole wszystko jest w porządku. 


- To co się stało? 
Wojtek siedział ze spuszczoną głową. Mieszał łyżką 
w talerzu. Miał zaciśnięte usta. W końcu spojrzał na 
mamusię i wypalił: 
- Nasza Marysia kłamie. 
- Ja? - wykrzyknęła dziewczynka ze zdziwieniem 
i aż podskoczyła na krześle. 
, - A co robiłaś przed gimnastyką? - przypomniał 
jej chłopiec. 
- Skarżypyta - wycedziła siostra przez zęby. 
Mamusia wysłuchała relacji o całym zdarzeniu i po- 
wiedziała, że to jest poważna sprawa. Córeczka broniła. 
się ciskając raz po raz złe spojrzenia na brata, który 
był bardzo przygnębiony. 
- Wojtuś nie jest w tym przypadku skarżypytą. 
Martwi się o ciebie, bo źle postępujesz - powiedziała 
mama. 
- Niech się zajmuje swoimi sprawami! 
'- Jest twoim star$zym bratem i czuje się za ciebie 
odpowiedzialny. Marysia wstała gwałtownie od stołu i po- 
biegła do swojego pokoju płacząc. W mieszkaniu zapanowa- 
ła bardzo ciężka atmosfera. Mamusia jadła w milczeniu. 
Powiedziała, że Wojtek musi też skończyć obiad. Kilka 
razy spoglądała w kierunku <\rzwi. Może myślała, że 
córeczka przyjdzie do kuchni i przeprosi ich za swoje 
zachowanie, ale nic takiego nie nastąpiło. 
- Może lepiej było nic nie gadać - zawahał się zmar- 
twiony Wojtek. 
- Co też ty mówisz - zaprotestowała gwałtownie 
mama - Chciałbyś, aby twoja siostra utwierdzała się 
w złu. Ona to potraktowała zupełnie niefrasobliwie, jakby 
nic nie rozumiała. 
- Chodźmy do niej - postanowiła. 
Marysia leżała na tapczanie z twarzą wtuloną w po, 
duszkę. Widać było; że jest rozżalona i obrażona na cały 
świat. Nawet nie poruszyła się, gdy mama i brat stanęli 
przy niej. Czy rzeczywiście była przekonana, że nie zrobiła 
nic złego? 
Mamusia milczała pdez chwilę czekając na coś, a potem 
powiedziała, że jest jej bardzo przykro, gdyż córeczka 
nie potrafi ocenić swojego postępowania. 
- Pomódlmy się, aby u naszej Marysi obudziło się 
sumienie - zaproponowała Wojtkowi. 
Spojrzała na obraz Matki Bożej, który wisiał nad ta- 
pczanem dziewczynki i prosiła, aby Ona pozwoliła 
zrozumieć jej córeczce jak wielkim złem jest każdy grzech, 
nawet najmniejsze kłamstwo, jak bardzo rani on serce 
ziemskiej mamy, a w sposób niewyobrażalnie większy 
serce Matki Niebieskiej. 
Marysia oderwała głowę od poduszki. Wahała się przez 
chwil-ę. Potem wstała i przytuliła się do mamusi. 
Już więcej nie będę kłamać - powiedziała cichutko. 


L 


'I 
'I 
1 


t 


\., 


, 

 \ 



 


19
		

/p0020.djvu

			m00e Pierwsze 
SPOTkonle 
z POLSkQ-KSłOZKQ 


Był maj roku 1922. Nad Piotrogrodem świeciło od rana 
słońce na bezchmurnym, jak rzadko w tamtych stronach 
niebie i słało swe łaskawe promienie na usiąne stokrotkami 
trawniki Kazańskiego Ogrodu, gdzie bujnie rozrastały się 
ozdobne krzewy obsypane białym i żółtym kwieciem. Drzew 
tam nię było w owym czasie zbyt wiele, chyba jarzębina 
czy młody klon. Nieduży to był ogród, o wiele mniejszy od 
Letniego na przykład, do którego prowadzano dzieci już 
w czasach Aleksandra Puszkina. Wydawał się nawet tym 
jeszcze mniejszy, że zdobiły go dwa posągi dowódców z cza- 
sów wojny z Napoleonem, bardzo wielkie, poważne rzeźby 
z szarego kamienia, twarzami zwrócone do Newskiego Pro- 
spektu, głównej ulicy miasta. Generałowie Barclay de Tolly 
i Kutuzow wyglądali wyjątkowo majestatycznie i wspaniale 
na swoich kamiennych cokołach na tle ogromnego kazań- 
skiego Soboru i jego słynnej kolumnady. 
W czwartkowe południe, pod koniec maja tamtego roku 
na ścieżce Kazańskiego Ogrodu pojawiły się cztery dziew- 
czynki, uczennice gimnazjum, któpre mieściło się po drugiej 
stronie Newskiego, w bocznej ulicy, w zabytkowym gma- 
chu, nad którego wejściem data roku 1756 wskazywała jaą 
da,wna i szanowna była to budowla., Oczywiście nie przez- 
naczono jej w ch wili wznoszenia dla dZiewczynek w ciemno- 
zielonych sukienkach i fartuszkach z pelerynkami u ra- 
mion, noszących długie warkocze i białe kołnierzyki, lecz 
dla uczniów szkoły rolniczej, chłopców, którzy kształcić 
się mieli w niej z rozkazu carowej Katarzyny II. Ową dawną 
szkołę rolniczą zmieniono na gimnazjum dopiero w wieku 
XX, na razie zostawiając w niej chłopców, a po wprowadze- 
niu radzieckiego systemu oświatowego, zaczęto przyjmo- 


- 


...\ 
" 



'" 


J 


"" 
.. 



 . 
,"" 
'\.
 


.., 


..ł...../ 


'" 


\ 


--- 


.... 
-.-- 
\ 
- 
" , \ł 
" 

 . . 
.. 
, I . .. 
,. 
. . 
20 


wać do niej również dziewczynki. ",> 
W Piotrogrodzie szkoła owa znana była pod'nazwą Peter- 
schule. Językiem....wykładowym był tam niemiecki, podo\1nie 
jak,'w gimntł
jum francuskim - francuski, a w po skim 
-;- polski. " 
Do Peterschul uczęszczały dzieci różnych narodov 
prócz rodowity' Niemców, takżę, Finowie, Łotysz', . .
, 
Gruzini, a na et niekiedy Włosi. Niewiele tyl. '# Po- 
laków, co bowIem zazwyczaj ucz sz li do 
francuskiego albo polskiego. 
Jedną z powyżej wspomnianych czterech kole sne , 
Rosjanka Ola Polakowa, króciutko ostrzyżona po nied wneJ 
chorobie. Druga, nieduża o łagodnej twarzyczce i kasztano' 
watych, gładko zaczesanych, krótkich włosach przy trzy 
mywanych nad czołem ciemnozieloną wstążką pochodziła 
z Tatarów. Była ,małego wzrostu, bardzo zwinna, a z uspo- 
sobienia wesoła jak ptaszek. Zwała się Nina Markowa. 
Trzecia:, prawdziwa dziesięcioletnia piękność, miała wspa- 
niałe ciemne warkocze o niespotykanej długości, bo się- 
gały jej bez mała do kolan. Miała piwne, śmiejące się oczy 
i dołeczki w policzkach, ponadto piękne imię - Izolda. 
Była Łotyszką, córką naszej sąsiadki, pani Leukart. 
Czwartą z koleżanek byłam ja, wysoka i szczupła, o smagłej 
cerze dziewczynka, którą w rodzinie przezywano "Starusz-' 
kiern", a to dlatego, że byłam nadzwyczaj spokojna i poważ- 
na, a od lat najmłodszych bardzo lubiłam książki i czytać 
nauczyłam się nie wiedzieć kiedy. Zamiast wspaniałych 
warkoczy Izoldy miałam dwa mysie ogonki, które na próżno 
starałam się ozdobić dużymi i zręcznie lI:awiązanymi ko- I 
kardami. Uczyłam się dobrze, a chłopcy bardzo lubili ze 
mną siedzieć w jednej ławce, i nigdy mi nie dokuczali, bo 
zawsze chętnie pożyczałam im starannie prowadzone ze- 
szyty. , 
Trzy dziewczynki były naj milszym dla mnie towarzy- 
stwem. Jednakże nie było między nimi ani jednej Polki 
i nikt z Polaków nie mieszkał w naszych stronach. Takim 
oto sposobem mowy polskiej nie znałam, a cóż dopiero czy- 
tania i nie widziałam nigdy żadnej polskiej k-siążki. Umia- 
łam. tylko podpisać się niezdarnymi ieszcze polskimi lite- 
rami, a także odmówić poranny i wieczorny pacierz. Tego 
wszystkiego nauczyła mnie babcia Jadwiga, Polka i war- 
szawianka z urodzenia, która dziadka poznała za granicą, 
a później poślubi1a go i na zawsze pozostała z nim w Rosji. 
Trafem szczególnym oboje dziadkowie byli z rodzin, które 
wydały kilku zasłużonych powstańców stYCZIliowych, 
a przedtem i takich zuchó;W, którzy brali udzial w innych 
walkach o sprawę narodową. Wiedziałam o tym, lecz rów- 
nież wiedziałam i to, że na tematy rodzinne rozmawia 
się tylko z rodziną. Kochałam jednak moje koleżanki 
serdecznie i do tej pory wspominam je często, gdy myślę 
o początkach mej szkolnej nauki. 
W klasie I b żyliśmy wszyscy w zgodzie. Chłopcy, choć 
hałaśliwi i nie nazbyt pilnie, zą.wsze opiekowali się nami 
i starali się zasłużyć na nasze uzńanie. Zimą wozili nas na 
sankach po szkolnym podwórku, rysowali nam w pamiętni- 
kach żołnierzy na koniach i okręty z żaglami, zasięgali' 
chętnie rady i pomocy, gdy chodziło o odra:bianie lekcji, 
a nawet uczyli się z,namlrazem tańczyć, co w szkole na- 
szej uważane było za bardzo odpowiednie i pożyteczne. 
Na razie były to tańce ludowe: polka i wesoły "Tiroler", 
do którego śpie'\vało się takż
 chórem skoczną piosenkę. 
Starsza dziewczynka lub chłopiec, a nawet ktoś z nauczy- 
cieli siadali do fortepianu, a kiedy zaczynały się tańce to 
zacne i miłe grono pedagogiczne miało święty spokój od 
naszych niedorzecznych pomysłów i niemądrych figlów. 
W majowy czwartek w Kazańskim Ogrod
ie byłyśmy 
tylko same tak jak tego chciałyśmy, bo nie był to zwyczajny 
dzień. Izolda i ja otrzymałyśmy właśnie cenzury, czyli świa- 
d
ctwa: choć do właściwego końca roku było jeszcze prze- 
szło trzy tygodnie. Były to pierwsze w naszym życiu cenzu- 
ry do następnej klasy. Chciałyśmy napatrzeć się na nie, 
omówić stopnie, nacieszyć się nimi tak, jakby było czym.
		

/p0021.djvu

			Lecż dlacz pus c ono Jzoldę i mnie tak wcześnie? Dla- 
zego wt'ed "laśm
 '\plia,st radować się kwiatami, słoń- 
II' i zielenią w ulubionynr"iłifszym ogrodzie, byłyśmy smu- 
. i zamyślone? Odpowiedź na to pytanie też była niezwy- 
kła, jak owo rozdanie niektórym uczennicom i uczniom 
cenzurek na kilka tygodni przed zakończeniem rok:y $Z ,,¥ 
nego. Izolda i ja, a także wiele innych dziec; n.. "Z młodzieży 
ze starszych klas miało odjPf'tiH' z Pi-9trogrodu na 
- 'wsze*). Wiele państw ' \ ::.ród 'nich Lotwa, Finlandia 
i Polska - Th Polska jaką znałam tylko ze słów pacierza 
, i z niez'darnych liter mojego imienia i nazwiska - odzyska- , 
woln,Q,śc po latach ciężkiej niewoli. Izolda miała jechać 
D '11 '., " ego miasta Leukartów, .:;.... do 
, , '1 ' zekiw'lII, nas liczni)1 llie znani nam 


krew 11. , 
Nim jedna' O \ " a 
nej z miejscodś. , ' 
certzurY'ze skrom 
łysmy niebawem . 
mnie czegoś n. J c,enzur 
z języka nie. '-' kięgo' 
niż zaws I Is . 
z języka o' 1 'e
, 
naówcz. p vid 
bym ch at' de. 
Niewi . ro I. ałyśmy ze sobą tamtego popołudnia 
na ław, ,- ie Kazańskim. Raz ostatni spotkałyśmy 
się 
 1 Ó '1.iej na peronie dworca Warszawskiego. 
Tym rl'lZ . ju
'p .:.. łu, ,de tylko Ola z Niną, lecz cała klasa 
'na ,pożeg-:. " 
hó. rf'Z
 ,; i str:ł;.!}Jl,niej ubrani 
n:i,ż zazwycz'. ..bil h.1. l ,I.' Ś li H
' eJ 'Ptt!> , .. ,;p v- 
czynki - płakały całująe> 1 '" " ,lwlwle ,L.) 
szedł na pe:ł;
n pozegnac" odje dż
j" J
'. r7vniósł że 
sobą upominek
 notesik;"kalkomanię, b .romną tort jk ' la..;" 
drynek albo irysów na' Ó-rogę, a choćby jtrż ty'iko rysunek 
czy wycinankę własnej robqty, jeśli nie wspomnieć prezen- 
tów od mamuś i cioć w postaci pyszek**) i lepioszek***I. 
Pożegnanie było jak rzadko serdeczne. Jeszcze dwa sło- 
wa, jeszcze uścisk przyjazny.., I oto wsiada,l:nY do pocią.gu. 
Pamiętam, że wagon był zielony, wyprzątnięty do czysta,., 
o prostych, drewnianych ławach i przedziałach z zasuwa- 
nymi drzwiami. Podróżni wsiadali z pośpiechepl. Od'
,razu 
zauważyłam sąsiadów, rodzinę z kilkorgiem dzieci i mnó- 
stwem kosztów, tobołków, walizek i paczek. Trudno nii 
i dziś zrozumieć jakim sposobem mogli się oni pomieścić 
w swoim przedziale. Gdy pociąg ruszył policzyłam, ge 
,wszystkich dzieci jest w wagonie czternaścioro, a przy 
pełnych i gęsto "zasiedlonych" przedziałach jakąkolwiek 
swobodę ruchu możemy osiągnąć tylko w korytarzu! Nie 
było mowy o tym, by można było bawić się lub choćby roz- 
mawiać spokojnie w zatłoczonym wagonie. Podróż do'grani- 
cy Polski, choć nie nazbyt odległej, zapowiadała się phv 
najmniej na tydzień, a to ze względu na poniszczone w . za- 
sie działań wojennych tory, niedostatek paliwa potrzelmego 
maszynistom do uruchomienia lokomotywy i 11a ogół bar- 
dzo zużyte parowozy i wagony. 
Pociąg'jechał wolno, a my graliśmy w klasy w korytarzu 
albo bawiliśmy się w berka od ściany. do ściany lub ogląda- 
liśmy krajobraz przez okna, z nosami rozpłaszczonymi 
o szyby. Dorośli starali się nam jak mogli umilić tę podróż, 
a zwłaszcza nie przeszkadzano nam w niemal całodziennym 
przebywaniu na korytarzu naszego wagonu. , 
Oto w pociągu jechali dwaj starsi ludzie, panowie Piotr 
i Paweł Różyccy. Wracali przez Piotrogród aż z Azji 
Srodkowej, dokąd przed wielu laty zesłani byli jako prze- 
stępcy polityczni za udział w powstaniu styczniowym. 
Z wyksz
ałcenia inżynierowie, pełnili w czasie podróży cie- 
kawe zadanie: byli opiekunami podróżnych, a lubili zwła- 
szcZa dzieci. Troszczyli się również o sprawy techniczne, 
jak naprawa toru, a w razie potrzeby także lokomotywy. 
Pomocy im nie brakło, gdyż ll,lężczyzn chętnych do współ- 
pracy dość mieli w pociągu. 


snego powitania z nimi w jed- 
wskich, oglądalyśmy'n' azie 
'"eczątką szkoły, którą mia- 
- y dobre, ale mimo to dla 
'" o;ł;Jrak. Oceny bardzo dobre 
. l:J.ie;j' mnie cieszyły tym razem 
,;
ie naraz, że brak mi oceny 
ymam ją równie dobrą? Tego 
mogłam, ale uczułam, że bardzo 


Pociąg nasz musiał często stawać po drodze, nawet 
w polu
 a wtedy panowie Różyccy pozwalali nam wysiąść, 
abyśmy mogli narwać sobie kwiatów i pobiegać wzdłuż 
toru. 
Cóż to była dla nas za radość zobaczyć na polu kuropatwy 
£ ,m1Q"de zajączki' na łące! 
poZwolenie :!JW.e...panowie Różyccy, oznajmiali nam zwy- 
kle przeciągłym, jednostajnym graniem na rogu myśliw- 
skim, który zachowali jako pamiątkę od zaprzyjaźnionych 
z nimi Ojrotów z syberyjskiej tajgi. Kiedy czas było wsia- 
,dać znów do pociągu, dźwięk rogu był urywany i głośniej- 
"Jzy ńiż poprzednio. Na jego głos ustawialiśmy się szeregiem 
"wzdłuż pociągu i dQpiero po obliczeniu, czy wszyscy je- 
steśmy, wsiadaliśmy do wagonowo 
Jakoś pod koniec naszej podróży zdarzył się szary i chłod- 
ny deszczowy dzień. Niebo rozpłakało się'na dobre nad zie- 
lonymi łąkami i lasem. O wyjściu z wagonu na powietrze 
nie mogło być mowy. Dorośli kazali nam wydostać z toboł- 
ków i koszyków,,) tabliczki i rysiki, zachowywać się cicho 
i zająć się kaligrafią. Małe dzieci trzeba było ułożyć do snu. 
Latwo jest starszym wydawać rozkazy, lecz o wiele trud- 
niej było dzieciom usiedzieć na miejscu i ćwiczyć się w pisa- 
niu w zamkniętych przedziałach kolejowych. Nie usłucha- 
liśmy polecenia i niebawem znaleźliśmy się na korytarzu. 
Tu zaznaczyć wypada, że już pierwszego dnia uwagę moją 
zwróciły na siebie dwie 
prawy: wszyscy moi towarzysze 
podróży chętnie i biegle mówili po polsku, choć przecież 
w Polsce nigdy dotąd nie byli. Drugą sprawą, która mnie 
i moją siostrę Sabinkę bardzo zajęła, było nasze najbliższe 
sąsiedztwo, państwo Rojcewiczowie: dziadkowie, rodzice 
i dzieci. Jechali już od miesiąca, z wieloma przygodami, 
mAgolrKuck,a-, najpierw do Piotrogrodu, potem już 
w naszej,g}u}ie l?ociągiE!,
 repatriacyjnym do Polski. Byli 
ln na,,, serdeu;ni i mil'i. "Najstarszy' chłopiec, Antoś, już 
,L 'm9l,;i
, o trzeci klasy, imnazjalnej, dwie jego siostry 
bliźnJ.aczk
 'Nt..,' a HaFleczk oraz jJoJvoctna, K!lZiu tka. 
Dziew'
zynkr od'z ae y. 
ię )',; ,Zm1eł'  _
 na grze- 
bieniu skoczną polkę i próbował ta'. c, młoda pa'li 
Rojcewiczowa stracHa zupełnie cierpliwość. 
- Antosiu!- zaw:olała rozr . iw m gło!;!er.. du syna. 
- Przecież jes-teś wśróQ, <:lzleCl>najstarszy' Usp0k 'j trochę 
dziewczynki, bawcię ...ię jakoś"i:na
zej, bO' harasu aż uszy 
puchną! . 
 
- W tej 'hwi1i, mamo 
 ude \vał się syn, który cały 
czas trzymał si od nas r e.& i wyglądał przez okno. 
Teraz jednp.k podszedł i 
tanął tuż przy drzwiach pośrodku 
spokojniejszej już gromady. . 
- Ś!l.chajcie mnie dobrze - powiedział - bo to może 
byc dla was ciekawe i bądźcie cicho. 
Antoś zwrócił się nieco bokiem do swoich słuchaczy. 
Wystawił do przodu prawą nogę i głowę odrzucił do tyłu 
jak to czynią aktorzy w teatrze. Chwilę spoglądał na nas 
ciemnymi oczami, które rozMysły w jego bardzo ładnej 
twaI:zy, po czym zaczął recytować wiersz donośnym, dźwię- 
cznym jak srebro głosem: 
Jedzą, piją, lulki palą. 
Tańce, hulanki, swawola. 
Ledwie karczmy nie rozwalą 
Ha, ha, hi, hi, hejże, hola. 
Oj, rZeczywiście ciekawe - pomyślałam i pilnie nad- 
stawiłam ucha, a chłopiec już teraz gestami pokazywał jak 
Pan Twardowski ujął się pod boki, jakich sztuk dokazywał 
w karc:łmie. Potem zaś opisał diabła Mefistofelesa, też z ge- 
tami, jak prawdziwy aktor na scenie. W korytarzu zrobiło 
,się bardzo cicho. Kiedy chłopiec śkończył recytacje, 
:qlOcniejszym głosem akcentując ostatnie strofki, .ktoś za- 
czął prosić: 


\ 


21
		

/p0022.djvu

			- Jeszcze, jeszcze powiedz. 
I Antoś powtórzył recytację. Teraz mówił lepiej mz za 
pierwszym razem. Gdy skończył i ja poprosiłam: 
- Powiedz raz jeszcze Antek. To mi się bardzo podoba. 
Chłopiec uśmiechnął się i wyrecytował wiersz po raz 
trzeci. Do dnia dzisiejszego pamiętam, że miał wtedy kro- 
pelki potu na czole i zgrabnym nosie, jak często miewają 
dzieci podczas mocnego snu. 
Zachwyceni recytacją Antosia gotowi byliśmy prosić go, 
by po raz czwarty wygłosił wspaniały wiersz i byłoby się 
to stało na pewno gdyby nie wyszła na korytarz jego mama. 
Miała w ręku niewielką książkę, którą podała synowi mó- 
wiąc: 
 
- Przeczytaj coś teraz, Antosiu. O, tu na przykład na 
tej stronie zaznaczyłam ci, co warto by było przeczytać, 
twym przyjaciołom. 
- Dobrze, mamo. Dziekuję - powiedział, ujmując zgra- 
bny tomik. Matka odeszła, a oczy zwróciły s-ię na książkę. 
Była ładna, oprawna w brunatne płótno ze złnconymi lit€r- 
kami i również złoconymi brzeżkami stronic. 
- Czytaj, czytaj - zachęcały brata Helusia i Haneczka, 
a chłopiec zaczął: 
Pójdźcie, o dziatki, 
Pójdźcie wszystkie ,razem 
za miasto, pod słup" na wzgó'rek. 
Tam przed cudownym klęknijcie obrazem 
Pobożnie zmówcie paciorek 
Tato nie wraca ranki i wieczory, 
W li łzach go czekam i trwodze. 
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory 
I pełno zbójców na drodze. 
Znów słuchaliśmy Antosia z największym przejęciem, 
a ten jeszcze piękniej głosił słowa, których zapomnieć nie 
sposób. · 
- Kto to napisał? - nie wytrzymałam, ledwie nie wpa- 
dając mu w słowo, zapytałam skoro tylko ukończył czyta- 
nie. 
- Adam Mickiewicz - odpowiedział. - Nasz naj- 
większy i najukochańszy ze wszystkich poetów. Tylko czy 
dobrze zrozumiałaś? 
- Dobrze -'odpowiedziałam zawstydzona i zakłopota- 
na choć przecież nie z mojej winy mogłam nie zrozumieć 
niektórych słów. 
, - Jeszcze jutro wam poczytam, ale teraz już oddam 
mamusi książkę. Jestem bardzo zmęczony. 
Antoś wrócił pod swoje okno. Spojrzałam w tamtą stronę. 
Deszcz przestał padać. Ze szpary międzyobłocznej rozbłys- 
nął właśnie promień słońca i oświetlił krzak polnej róży 
na miedzy, okrytej białoróżowym kwiatem. Dziwnie' po- 
dobny był do jednej z winiet zdobiącej książkę, która była 
pierwszą polską książką jaką spotkałam w moim życiu. 
Po latach dowiedziałam się, że. było to jedno z wczesnych 
wydań "Ballad i Romansów" Adama Mickiewicza tak zwa- 
ne wydanie lwowskie. , 
Po latach też posłyszałam o kapitanie Wojska Polskiego 
Rojcewiczu, który dzielnie się spisał w czasie ostatniej woj- 
ny, walcząc na wielu frontach w kraju i za granicą. Nie 
udało mi się tylko dowiedzieć, czy pochodził on z irkuckich 
zesłańców czy też z innej rodziny tego nazwiska, na przy- 
kład z tych Rojcewiczów, którzy przed laty mieszkali w Mi- 
siuczanach nad rzeką Mereczanką. Jakkolwiek było, młody 
towarzysz podróży z Piotrogrodu do Polski, jak .i pierwsza 
polska książka na zawsze pozostały w mej pamięci. 


KORNELIA 


JACKIEWICZ-DOBKIEWICZOW A 


*) Owczesny, urząd repatriacyjny "Petroewak" wyzna- 
czał nienaruszalne terminy wyjazdu, ze względu na 
miejsca w pociągach i dlatego dzieciom odjeżdżającym 
z rodzicami szkoły wydawały wczesniej cenzury. 
**) racuszki 
***) małe placuszki 


22 


Nlot
1< 
. 

 BE-Ł E t(' 


I O 
 I 
.- I I 
, I 
, " I 
lilii 
'.. .;:: I. 
'{
 
/' 
CI I I 
l' 
/ 


'I ,/ 

 I
 II 
II, 
, 


, 
- 
 


. I 
C): 
, 
, 


- 
., 
"
		

/p0023.djvu

			rrawoskrętnie 


A 


na ekranach kin i pólkach księgarskich odnieśli 
sukces, na polach pod Grunwaldem - klęskę. 
ziarenko tej rośliny chociaż jest"hajmniejszym [l na- 
sion w JezuSDwej przypowieści urasta do symbolu 
Królestwa Niebieskiego. 
św. Agnieszka dla Agi, Agusi lub Jagienki. 
zobaczył go Jezus pod drzewem figowym i powołał 
do grona swych uczniów (J 1, 1 2 3 4 
45-51), 
dZień rozpoczynający 40-dmo- 
wy okres Wielkiego Postu. . 
pokorne i ciche 
 na ucho księdza wyznanie 
grzechów. 
zdobiony stopień na płycie (m'ensie) ołtarza. 
czteroskrzydły anioł. 
przebiła serce Jezusa Ukrzyżowanego. 
drugie imię Zygmunta Felińskiego, arcybiskupa 
Warszawy doby powstania styczniowego (18,63) r.). 
biskup pomocniczy ordynariusza diecezji. 
dzień kiedy w kościele zobaczyć można górników 
ubranych w czarne galowe mundury. 


B 


C 
D 


E 


F 


G 
H 
I 
J 


K 
L 


. 


dokończenie ze str. 6 
Stawsko Małe, Artur Saizberg L 6 i Wojtek Salzberg L 8 
Ruda 8ląska-Halemba, Krzysztof Skapczyk 1.9 Pszczyna, 
Pwtr Słoński L 13 Stary Wiązów, Monika Sot L 12 Kielce, 
Jarosław Stanoch L 15 Krępa, Anna -Staśko L 10 Pilica, 
Justyna Stępień 
, 10 Kielce, Robert Strąk L 10 Kraśnik 
Fabr., Magda Szczęsna L 10 Puławy, Darek Szeląg l, 13 
Reczul, Anna Szmania L 10 Srem, Martyna Szwej L 10 
Pilica, Paulin!i Scisło L 12 Gorzków, Andrzej Slawski L 10 
Tychy, Marcin Tatoj L 10 Katowice, Maria Trojanowska 
L 10 Katowice, Magdalena Tryzno L 13 Wrocław, Kata- 
rzyna Tulik L 12 Smardzowice, Magda Wardeńska L 10 
Ostrów Wielkopolski, Małgorzata Waśkowska 1.14 PatIin, 
Anna Wojtowicz L 11 Gdańsk, Jacek Zajączkowski L 6 
Police, Maria Zdanowska L 12 Warszawa i Katarzyna 
Ziółko L 12 Cianowice. 
W końcu grupa czwarta - 33 nagrody pocieszenia. 
Przyznaliśmy też trzy nagrody zbiorowe dla dzieci z Hos- 
picjum św. Maksymiliana Kolbe w Suwałkach, scholi dziew- 
cząt z Nowego Dworu Gdańskiego i Oazy Dzieci Bożych 
z Rzeszowa. W oczekiwaniu na listy i nagrody prosimy 
Was wszystkich o cierpliwość! Postaramy się zdążyć przed 
końcem roku szkolnego:Chcemy wrócić jeszcze do tego kon- 
kursu, drukując fragmenty Waszych li
tów i odpowiedzi; 
z przyczyn zupełnie od nas niezależnych możliwe tb będżie 
dopiero w 1989 r. 
Wszystkim dziękujemy za konkursowy trud i życzymy 
zasłużonego wakacyjnego wypoczynku. 
Szczęść Boże! 


Redakcja 


16 


WlrOWKO 


17 


Proszę wpisać wokoł 12 lIter diagramu - zgod- 
me z ruchem wskazówek zegara - odgadnięte 
wyrazy, Początek wpisywama w polach oznaczo- 
nych kreską. Następme litery z pól ponumerowa- 
nych od l d9 28 przenieść w pola krzyża l odczytać 
29-literowe rozwiązame. LIterę w polu łączącym 
oba ramiona krzy za naiezy czyta'" dwukrotme. 


18 


5 


6 


8 


9 


12 
3 14 15 


10 


11 


7 


19 


Rozwiązanie "Wędrówki wokół Krzyża" z poprzedniego 
numeru: 10) GLORIA, 11) TERESA, 13) CHORAŁ, 14) 
STRAZE, 15) EUNIKE, 16) SKROMNOSC, 
17) PIESN. 
Pionowo: 1) ZRODŁO, 2) TEOLOG, 4) NAZARETANKA, 
5) BOGOBOJNOSC, 7) GORETTI, 8) PISANKA, 
12) ALEGORIA, 13) CIEMNOSC. 
Początek pieśni: Matko Niebieskiego Pana ślicznaś i nie- 
pokalana! 


Miesięcznik "Mały Gość Niedzielny" redaguje zespół. Adres redakcji: 40-042 KatowIce. 
ul. Wita Stwosza 16,'sJu. poczt. 155. Rękopisów nie zamówionych redakcja nie zwraca. 


Druk: Zakłady Graficzne w Katowicach, ul. A, Czerwonej 138, Zam. 0365/4333/8 90000 C-8 
ISBN 0239-3166 
. 


Cena prenumeraty: kwart. 180 zł, półr. 360 zł, rocznie 720 zł. 
Warunki prenumeraty: 1) Instytucje zlokalizowane w miastach wojewódzkich, w których znajdują się siedziby oddziałów RSW "Prasa-Książka- 
-Kuch", zamawiają prenumeratę w tych oddziałach; w miejscowościa;:h pozostałych - opłacają prenumeratę w urzędach pocztowych i u dorę- 
czycieli. 2) Osoby zamieszkałe w miastach-siedzibach oddziałów RSW "Prasa-Książka-Ruch" opłacają prenumeratę w urzędach pocztowych 
używając blankietu wpłaty na rachunek bankowy. W w
jewództwie katowickim: Przedsiębiorstwo UPiK w Katowicach, NBP V O, M w Katowi- 
c/lch nr 27052-651. Osoby zamieszkałe w miejscowościach, w których nie ma oddziałów RSW "Prasa-Książka-Ruch", opłacają prenumeratę 
w "rzędach pocztowych i u doręL"ycieli. 3) Pren'-'meratę za zleceniem wysyłki za granicę przyjmuje RSW "Prasa-Książka-Ruch" Centrala 
Kolportażu Prasy i Wydawnictw ul. Towarowa nr 2800-958 Warszawa, konto NBP XV Oddział w Warszawie nr 1153-201045-139-11. Prenu- 
merata zagrąniczna jest droższa od prenumeraty krajowej o 50% dla zleceniodawców indywidualnych i o 100% dla instytucji, 
Termin przyjmowania prenumei'aty przez PUPiK "Ruch": do 10 listopada na I kwartał, I półrocze i cały następny rok; do 1 marca na II kwartał; 
do 1 czerwca na HI kwartllł; do 1 września na IV kwartał. - 


23
		

/p0024.djvu

			. 35222 f"# f1I 
'\.t" ,",-- 
 - :..,, 
 - ..... ,
. _ 
 R;: 

-. ,.Jł.+. - '., ...' ,- . J ' ....:::\.:-." 
 . 
,.......... '. - '--"' :: . '- . '., r. -.'" ,:"fi l 'k.
-" 

 . :. "- . ........... . '" .
 . - '\ .
, ... .
. lf1;ł. 
:-:::::.;'. . -.

' I (',__ l } ,; ;".
,:::
 ,. ";: 0_ ,',( 
. . ., I . -.. 
 ""-- I ł c...
 . 
',.'''' ., .. 
"'
: , )" f ' -u 
o,".. '. h. ., _. . 
.._ . : . ';", _
I:";' :.:.. 
"" "'
"'" -:.......,. .' " ," .,-, 

 .". . 
..\. . . ' .: ;-.. . .;. , '
 . ' . ;" , ' . , . . . tJ..,,. 
 ;..
", . .. ...........
. .......:.
..'" 

 . .:;, ....... 
 l!'- '.... ',,:
 ,..-:\0.: 0.. . 
 f ... 
_, , .. '\. \ ".,
. t. "
 
,::. . 
; '. t;",,"-" °V<,' \.:ot. 
 ". "', 
J_
: .." .',," o..'
 "l;
 

,: - 
 '. : . 
.
, '\0,.' ,:, ',o, ','" '''V'' , _.. '; . 
.. 
 ." '.. . .. " \.' \ '....:. . 
 '... ,It 
o,,' 
 ...., .... .. .... ..,. I 
 
 .. 
::p.' : .,;;... . .
;.. ,o '; .ł, \,. :,! : 
.' ',,- " ..' '.'..:,.....,:. ..'. ",','#? 
0." ...... .)..., . \ t,;. ,:,r
.f
.... . ..... \> 
:r." " ł' .
 . 
 "", " 1 
. ...' ' " ' ii- 
 'ł.' :"
 I O' ';:" '4', 
... J"" . .ł. " . ',. , . _ 
 ..... I' 
.:-1, 
 "'" ',.." . ",. .. 'II . 
...
.. ' ';"'0 ;u,l' '"10.. , 
Co .-J ł, ',-.r 
 . _ 
"' , ; ; .
't...... ,. . . . 
. .-.."" '\, 
. \.. -. .
 
. ..I it. 
 ,. ,....
. .' 
... . .. , ...., .;:..... 
· ł-"o-
.: 
'
':tł 
. " .
, tI,
.,.
 "
'
'. '... 

, .'.:-,:'
 ... & 
¥1'i\
:. '}. I '

 
.' . '" 
 .. '. 
,.. , . .,' , 

,:.. '''.'' :. 
f. . I' ';;, .:. .:.
.
. 
r: . " '
. . t... t 
.. '" 1 t'"
 
 
..IJ.: 
11 ,i .; J 
. 
I 


\ 
\ ,,:: 
\. ',-, 
. 
;._
 ...._.


\-<;

;t.} '. 
<.. 
r '::::...... "-. 
 ""'
C:
:'

":"'I..:'<'
, , O::
"':
""
'''''
' h '''. '''
 
.'.:3.....; ..t....,. . '" ... , 

."
. ";
... .. 'c ...
.. ..:.: "- 
\ > I ,'.' ,...,.; , :",1' S ,o ': 
if-"J
( " o(:"
':'''' .' 
-- ..\"'


.., .' - 

 ";:
:. .--=-
. 
;'ł -q;
' 

;:;: . '
;:i
 



ti;?
r" ": 


} 

.'_
 , !ifjtt'. .; . 

.. .-":. .
. ... 
ł 


,
 


... . 


»-

 
. ..
... 0," ....-... 
. : :..:....: .> k
 ;. .-' 
... . ".:,..., ...Ł". 
(I. ',- '
" ;. 
,. 
 , JII . . 
' o 
..;. . " .. .- 
.... '.' ""'
"" 
..... 
:': . .,;
 . .....; 
..:
 .... ........ . 



.'.
 


, .ł;:-" 
..,,- . 
.

., 
....' 

:" 
.. . 


.-", 


.::<

,,: 
.' 


o' . 
I 


.. 


--. 


" 



 
, 


.:... 


... 


, 


\ 
.... 


'" 
".. l 
.\.........-l 
. . 
, .- 


.
 
fł
, 
j '
';
 
;'ł' . 
.. ,. l..... 
......-r.iT r.,;-. 
. . 
. 

 .,:..
.. 


" 



 "-:....... 


, . 
./" 

'f9.f 
'

....
.
 


.... ......... !lo 
. 


. 'i
:'" 


. . 


.: 


.{ 


. 


..,... 
J .. ' : , ." . .; ."

1t _" ' , ....... '. . . 1 ...., . ...._
 
 ..... '. , 
. ,' . lO,. '. .
 .,:
:. . 
 . :.- . ,:' 
ł " -- 
 ".."t 
,z
 ...ł.,ł-.,
;W:;A 't;
 ...S
.
- ł't.... i,f'-" - . "... , 
 
.' " :;. . ,. >"9f
' :(' 
 ';i


 '
- 
;i/'¥ł o ;'.
f.;.:.i...'" ": , :,..' 
. L, 
 . .:.).::
.), 
 . 
... .. - ..., ,:;: r'!!
-!f:.2_...... --.,..... ....... ., .' - W. . , . 
. 
'. ,_.. "'\ ,f' 
o;'""';:'. .) ;; ""., r.---... o, . . ..., 
:r
 . -.. \_..t:':_-



 .-;.;-
.
..:
.


..::
..; 1.';J-

 :._.. .,,::

:+'..-
..:J} ::":

 "\.\.:. .

': \ 
J." ".0 _.:<:.;;? .-
. '" ...., r:....
' 
....... ,;f
:.'rr:.. ". 
'
 "", "..., .' 
.
i 
 'o . 
"(.. , ,

..t
.: ".
:,:.-"'
:;: ;-i '1'
 .:.;: " . ".: '-' -
. '#';'-
.f.:. '.':' "I
"-, 
 ,:.,...,...:, 
,.. A '}$". ło.
 .. '.,:.. . II 'I/l
.'." . .... r... 
.:..... 
.........,'" -'S :tł.""" ;., ....... ... h 
.." . ":""'4 .-)- 
 .<:.l
.-:;.':.-..

.
fł7 .,\""..". .1......
 :t .....r. ( . ...-,;....
..f
;.,..;.:
.. :t-.:' ,f, .-...
 .; 
. . j.j ł
W-..... _ ".,,-. .;'
 .. -......f... .-,.\'\-:J'.........
 r
_ "" .... "1."". 
t ,.,.
..
\.
 
.; 
."'
""'ł..;:' III> ," ...').....J 
 ... 
1. 
.,. ,.
.,.,-r: '0' .....;.-.
.. 
 ...
\ ...... :. .. ._, .,. ....... :...0;.;"_ 0'.._.'1". 
 "'
' o.' ; 
 .'ł&.' . .', .. 
. .....

 

A /.1-" t,. " 1\. "..r .' 1 \' '. .at... ' ....-, . 1.. 
 .... o.... . ......
- '
-ł#). ._ I 
,...,.!-::.,,,. . ., 

 ,...... ).'" . .ł.. r , '4''1( .,.:..... .
.... ,. ł . ..-:,..
'...:
 \.. ....... 7'1 ."
 .,..._ 4.' 
 .-. i
 - 
'9 -...:J.. I". . r f .. ,;'4 ,'" , ,. ....-'ł ". < ... '. ",. r' ' , · Ir.-, ' . .;. <.. " . 
. .' "'. , .. --41 ., '. J \ . '" .... _ ... I. .......' . . _ _ '_ 


PLOSTuozne 
ł p r7U GODU 


Rysowałem i opisywałem w tym miejscu już wiele 
obiektów sakralnych rozsianych po naszym kraju 
a godnych :naszej' uwagi. Podobnie czynię dziś, z tą 
różnicą, że na przykładzie niepozornej skądinąd 
ilustracji chcę zwrócić waszą uwagę na szczególne 
budowle sakralne tak wielce charakterystyczne dla 
pobożności ludu polskiego. Są nimi Kalwarie. Jest 
ich w Polsce wiele - wśród bardziej znanych Góra 
Kalwaria, Kalwaria Zebrzydowska, Kalwaria Pac- 
ławska, Kalwaria Piekarska, Kalwaria Wejherowska, 
czy też Kalwaria na Górze Sw. Anny w Opolskiem. 
Jedną z kaplic kalwaryjskich na Górze św. Anny 
ukazuje nasza ilustracja. I 
Są kalwarie, te o większych założeniach i układach 
przestrzennych porozrzucane wśród pagórków i dolin 
malowniczych krajobrazów. Gromadzą wiele koś- 
ciołów, kaplic li kapliczek poświęconych życiu Chrys- 
tusa i Jego Matce. Często nawiązują do średnio- 
wiecznych wyobrażeń o Jerozolimie, stlld Góra Kal- 
waria pod Warszawą nazwana została przez swego 
założyciela Nowym Jeruzalem. 
Fundowali kalwarie ludzie bogad, jak przykłado- 
wo wojewoda krak
wski Mikołaj Zebrzydowski. To 
od ,niego wywodzi się nazwa podkrakowskiej kal- 
warii. 
W kalwaryjne krajobrazy bywają także wtopione 


znane sanktuaria i obiekty klasztorne; te ostatnie 
stanowiące siedziby zakonników opiekujących się 
miejscami uświęconymi a także troszczących się 
o licznych pielgrzymów. 
Kalwaria - to obrazowe założenia architekto- 
niczno-krajobrazowe ułatwiające nam rozważania 
drogi Męki Pańskiej i dróżek Matki Boskiej. Trud 
pokonywania długich tras kalwaryjnych, odwiedza- 
nie kaplic poświęconych różnym etapom Chrystuso- 
wego cierpienia i życiu Jego Matki, wreszcie sam 
dojazd do miejsc - wszystko to sprzyja pogłębionej 
modlitwie i przeżyciom religijnym, które tam bywają 
wyjątkowe. 
Mniejsze układy architektoniczne kalwaryjne 
spotkać można także przy niektórych kościołach 
sanktuaryjnych, gdzie obok wizerunków świętych 
słynących z łask stworzono możliwości bardziej 
indywidualnego uczestniczenia w Bożych Tajemni- 
cach. 
Zbliża się okres wakacji, zbliża czas pielgrzymo- 
wania do miejsc uświęconych, warto więc poznać 
bliżej niektóre ze spotykanych' na trasie pielgrzy- 
mowanja obiekty. Będę wdzięczny za opis tych, 
które udało się wam poznać. 


Andrzej Rosiński